RECENZJA THE DEFENDERS

defenders-featured-image
(źródło)

O The Defenders było głośno właściwie od momentu zapowiedzi jego powstania. Z jednej strony atmosferę podgrzewały dobre Daredevil i Jessica Jones, z drugiej – wpadki pokroju Luke’a Cage’a i Iron Fista działały na jego niekorzyść. Pierwsze recenzje w dużej mierze były dość negatywne, dlatego niezbyt spieszyło mi się do sięgnięcia po ten zaledwie ośmioodcinkowy serial. Ale wiecie co? Bawiłam się nieźle.

Superbohaterowie na początku są rozproszeni – każdy kontynuuje historię ze swojego serialu. Danny i Colleen latają po świecie, szukając morderców mnichów z K’un-Lun. Jessica nie może sobie poradzić z życiem po Kilgravie – pije na umór, żyje w stresie i nie chce wracać do pracy do czasu intrygującego zaginięcia architekta. Luke wychodzi z więzienia i niemal od razu wplątuje się w sprawę tajemniczych śmierci młodych ludzi na ulicach Harlemu. A Matt nie potrafi pogodzić się z utratą Elektry i nocnego życia jako Daredevil. I tak drogi naszych superbohaterów krzyżują się w Nowym Jorku, któremu po raz kolejny grozi zagłada. W tym miejscu muszę pochwalić scenarzystów, że spotkanie bohaterów wybitnie się udało. Strasznie obawiałam się pójścia na łatwiznę – Luke będzie miał kłopoty, więc Claire skrzyknie swoich nadnaturalnych znajomych do pomocy. Całe szczęście nic takiego nie miało miejsca – postaci stopniowo na siebie wpadają i to w zaskakująco naturalny sposób (choć trochę brakowało mi sceny, w której Claire staje przed nowo poznanymi superprzyjaciółmi i okazuje się, że zna ich wszystkich).

Biorąc pod uwagę to, że bohaterowie są bardzo różni, nie dziwi wcale, że mają problemy z dogadaniem się. Ich relacje są wiarygodne, a dialogi zabawne. Choć Danny nie irytował mnie tak bardzo w Iron Fiście, tutaj, w porównaniu z pozostałymi bohaterami, w oczy rzuca się jego infantylność, postrzeganie świata w czarno-białych barwach i straszliwa lekkomyślność. Boli również niewykorzystanie potencjału postaci drugoplanowych, które szybko zostały zamknięte na komisariacie w celu ich ochrony.

Największym problemem The Defenders, podobnie zresztą jak drugiego sezonu Daredevila i Iron Fista, jest wątek The Hand. Z każdym kolejnym pojawieniem się na ekranie nawiązują do tradycji hollywoodzkich kontynuacji – musi być bardziej, więcej, mocniej, a początkowy arcywróg okazuje się zwykle płotką. Tak właśnie docieramy do przywódczyni organizacji – Alexandry, która postanawia przyspieszyć tajny plan w chwili, w której dowiaduje się, że nie zostało jej wiele życia. Tyle że jej postać jak na głównego bossa jest dość nijaka. Z początku wydaje się intrygująca, im dalej jednak, tym trudniej uwierzyć, że jest ona szefową organizacji zrzeszającej tak potężnych i okrutnych ludzi. Sigourney Weaver jest znakomitą aktorką i starała się, jak mogła, wykrzesać coś więcej ze swojej bohaterki, niestety na niewiele się to zdało, a efekt jest co najwyżej średni. W ogóle całe zakończenie uważam za dość średnie, niby logiczne, ale jednak wydaje się pójściem na łatwiznę i sięgnięciem po tanie chwyty.

The Defenders to niezły serial. Nie dobry, jak Daredevil czy Jessica Jones. Nie zły jak Luke Cage czy Iron Fist. Po prostu niezły. To, czy się wam spodoba, w dużej mierze zależy od tego, czego od niego oczekujecie. Jeśli liczycie na oryginalność albo rozwój postaci, raczej się rozczarujecie. Jeśli jednak chodzi wam o serial akcji w nadnaturalnej otoczce ze znanymi bohaterami, który świetnie sprawdzi się jako rozrywka na weekend – trafiliście w dziesiątkę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s