NIE TYLKO CYCKI I SMOKI, czyli Gra o tron – recenzja sezonów 1-7

(źródło)

Do Gry o tron podchodziłam jak pies do jeża. Już w dniu premiery serial stał się niezaprzeczalnym hitem, trudnym do porównania z jakąkolwiek inną kręconą ówcześnie produkcją – zarówno pod względem rozmachu realizacji, rotacji bohaterów, jak i wywoływanych emocji. Co więcej, porządny serial fantasy z trzema smokami wydawał się wręcz stworzony dla mnie. Pierwszemu odcinkowi dałam szansę aż dwa razy i aż dwa razy nie byłam w stanie sięgnąć po kolejny. Nagość, seks i dosadna przemoc, które wręcz wylewały się z ekranu, skutecznie odstraszyły moją osiemnastoletnią wówczas osobę. Zapytacie pewnie „co się zmieniło?”. Ano, oblicze telewizji. Ogromny sukces Gry o tron zachęcił HBO (i pozostałe stacje) do tworzenia seriali według podobnego schematu – z obowiązkową nagością i przemocą. Tym samym stopniowo uodporniłam się na świecenie golizną i toczące się głowy.

Wszędobylskie rozmowy, spoilery i fanowskie teorie zasypujące internet sprawiały, że nie sposób było przejść obok serialu obojętnie, zwłaszcza że zaczął on nieuchronnie zbliżać się do końca. Dałam mu więc szansę trzeci raz i wreszcie zrozumiałam, skąd te zachwyty (do czasu spadku jakości, który prędzej czy później musiał nastąpić…).

  1. Gra o tron ma rekordowy jak na serial budżet…
    …i znakomicie go wykorzystuje. W pierwszym sezonie jeden odcinek kosztował średnio 6 milionów dolarów. Sezon szósty to z kolei wzrost do 10 milionów za odcinek. Trudno znaleźć inny serial, który kosztowałby tyle producentów. Pozwala to na kręcenie w autentycznych miejscach (m.in. w Hiszpanii, Islandii, Wielkiej Brytanii i Chorwacji) i ograniczenie wykorzystania green screenu do minimum. Warto też zwrócić uwagę na klipy zza kulis, które pokazują, ile pracy wkłada się w przygotowanie lokacji, choćby stworzenie realnie wyglądającej makiety zamarzniętego jeziora. Do tego trzeba przyznać, że jakość efektów specjalnych takich jak animacja smoków, olbrzymów czy armii umarłych porównywalna jest z efektami kinowymi. Nawet jeśli przez to trzeba zaoszczędzić i zrobić futro z dywaniku Ikei (choć ograniczenie wykorzystania naturalnych futer jest jak najbardziej na plus!).
  2. Dobrze skonstruowane postaci
    Bohaterowie są często bolączką twórców – schematyczne do bólu, czarno-białe, zachowujące się wbrew logice. W przypadku Gry o tron próżno szukać schematów, postaci ewoluują, a ich moralność często jest dyskusyjna, mimo to kibicujemy im od samego początku (no chyba że chodzi o Joffreya czy Ramseya – niech im ziemia ciężką będzie). Niestety wraz z utratą książkowego pierwowzoru, scenarzyści nie potrafili godnie naśladować Martina i bohaterowie w większości stali się karykaturami samych siebie, których działań nie sposób zrozumieć.
  3. Emocje, emocje, emocje…
    Dobrze skonstruowani bohaterowie, nieoczekiwane śmierci, odpowiednio zastosowane cliffhangery od samego początku wzbudzały emocje. I słusznie! Trudno było się nie ekscytować wraz z rozwojem wydarzeń czy niespodziewaną utratą ulubieńca. Gra o tron zazwyczaj umiejętnie kończyła sezony, dając widzom wiele miesięcy na snucie domysłów i teorii na podstawie podsuwanych nam smaczków. Problem w tym, że od jakiegoś czasu ten aspekt serialu również kuleje. Istotne postaci przestały umierać, a cały finał siódmego sezonu, w którym doszło do tak wielu ważnych wydarzeń, właściwie potwierdzał to, co uważni widzowie wiedzieli od dawna, nie było więc mowy o żadnych emocjach. Przyspieszenie akcji również zaszkodziło serialowi – głównie pod względem wiarygodności i logiki.
  4. Muzyka
    Gra o tron byłaby niepełna bez klimatycznej, idealnie dopasowanej muzyki. Tak, śpiewający Ed Sheeran też mi się podobał – ma naturalny głos, który dobrze pasuje do śpiewania zarówno na scenie, jak i przy ognisku.

Przyznam szczerze, że mam pewne wątpliwości co do polecania wam tego serialu. Z jednej strony chciałabym powiedzieć, że Gra o tron to swego rodzaju fenomen, pozycja obowiązkowa dla każdego fana epic fantasy (pod warunkiem, że nie odstrasza go nagość i realistyczna przemoc). Z drugiej – spadek jakości w ostatnich sezonach jest nad wyraz widoczny, a sam serial momentami przypomina własną karykaturę. I trudno patrzeć na to bez irytacji, mając w pamięci wybitne początki. Główni bohaterowie niegdyś pełni ikry, teraz snują się bez celu po ekranie ze smutnymi minami (co paradoksalnie nie dotyczy bohaterów pobocznych – ci mają się świetnie). Łatwo dostrzec brak spójności w kreowaniu świata, mimo to serial wciąga. Choć – przyznaję szczerze – obawiam się nieco ostatniego sezonu, bo obie wojny, które wisiały nad bohaterami, mają rozegrać się właśnie wtedy, a to oznacza zbyt mało czasu na rozsądne rozplanowanie akcji. Zwłaszcza że do rozwiązania pozostało także sporo wątków pobocznych. Dlatego decyzję, czy warto dać serialowi szansę, zostawiam wam.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “NIE TYLKO CYCKI I SMOKI, czyli Gra o tron – recenzja sezonów 1-7

  1. mnie też odstręczała nagość, a byłam starsza. Za to zaczęłam czytać książki PLiO i to dzięki nim wróciłam do serialu. Poza tym mam wrażenie, że ta nagość jest jakby mnie pokazywany w nowszych sezonach. Mają większy budżet i skupiają się na scenach batalistycznych np.

    Polubienie

    1. To prawda, scen pełnych nagości i seksu jest coraz mniej, za to zwiększyła się ilość przemocy (choć w siódmym sezonie też nie było jej zbyt wiele). Akcja serialu przyspieszyła, trzeba się było skupić na głównych wątkach, żeby zdążyć z ich rozwiązaniem. Z tego, co mi wiadomo, aktorki również poczuły się stosunkowo pewnie i nie zgodziły się na takie ilości nagich scen.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s