RECENZJA SPIDER-MAN: HOMECOMING

spider-man-0-0-e1460700979589(źródło)

Nauczona doświadczeniem staram się za bardzo nie ekscytować zapierającymi dech w piersiach zwiastunami ani megapozytywnymi recenzjami, więc na SpiderMan: Homecoming wybrałam się ot tak, w dodatku z mglistym wspomnieniem wersji z Tobey’em Maguire’em i całkowitą nieznajomością tej z Andrew Garfieldem. I muszę przyznać, że bawiłam się świetnie. Bo choć film nie jest pozbawiony wad, to są one naprawdę niewielkie i nikną wśród takiej ilości zalet.

Po pierwsze i najważniejsze zabawiono się nieco schematem filmu typu origin story. Do tej pory pierwszy film o superbohaterze opierał się na pokazaniu jego zwykłego życia (często bycia wyśmiewanym przez rówieśników), zyskania mocy, nauki w trybie przyspieszonym, przegranej walki ze złoczyńcą, zrozumienia, na czym polega bycie superbohaterem i pokonania złoczyńcy. Spider-Mana widzieliśmy jednak już w Kapitanie Ameryce: Wojnie Bohaterów, a wydarzenia z Homecoming mają miejsce po Civil War, co oznacza tyle, że darowano nam pierwszą część schematu. Myślę, że dla osób orientujących się mniej więcej w kanonie nie stanowi to większego problemu, ale dla kogoś, kto o Spider-Manie nic nie wie (a wbrew pozorom takie osoby istnieją i nawet chodzą do kina na filmy MCU) uwagi odnośnie trudnych przeżyć cioci May i pajączka, który ugryzł Pajączka, są bardzo enigmatyczne. W ostatecznym rozrachunku nie są jednak na tyle istotne, by zniszczyć przyjemność z oglądania.

Jednocześnie jest to chyba pierwszy film superbohaterski, który pokazuje jak rzeczywiście powinny wyglądać początki superbohatera dopiero poznającego swoje możliwości, co – jak możecie się domyślić – obfituje w szereg zabawnych sytuacji. Bo i sam film jest niezwykle lekki i zabawny, w ten uwielbiany przeze mnie niewymuszony sposób. Dużą zasługą jest wybór przeuroczego Toma Hollanda, który nie tylko wygląda jak nastolatek, ale też znakomicie odnajduje się w głównej roli. Świetnie spisał się także Jacob Batalon w roli najlepszego przyjaciela Petera – widać, że obaj aktorzy świetnie bawili się w swoim towarzystwie. Podoba mi się również pomysł na MJ, bo wreszcie nie jest pierwszą miłością bohatera, którą trzeba ratować z tarapatów. Niestety celowe podkreślenie jej indywidualizmu przejawiło się w „braku” makijażu, „braku”, bo z tego, co mi wiadomo, przed kamerą wymagane jest pewne minimum make-upu, żeby nie świecić się jak Gwiazda Polarna, czyli skończyło się na strojeniu min. Oh well… Sporadycznie pojawiający się na ekranie Tony Stark tudzież Iron Man nie skradł widowiska, czego bardzo się obawiano, wręcz przeciwnie – świetnie wpasował się w drugi plan.

landscape-1481283347-spider-man-homecoming-zendayaIndywidualizm Michelle miał przejawiać się w braku makijażu,
a wyszło strojenie dziwnych min
(źródło)

No i nie mniej ważny – złoczyńca. Początkowo świetnie pokazany, później nieco stracił swój urok. Bardzo cieszy mnie, że w roli przeciwnika wystąpił zwykły człowiek, którego na drogę przestępstwa tak naprawdę sprowadził rząd, niedbający o konsekwencje swoich działań. Niestety im dalej, tym bardziej Toomes zaczął przypominać typowego złoczyńcę z brakiem poszanowania dla ludzkiego życia i słabymi wymówkami co do swoich motywacji. A szkoda, bo potencjał miał ogromny.

To zastąpienie kosmitów i ludzi z supermocami zwykłym budowlańcem można ująć za jeden z przejawów mniejszego rozmachu – Spider-Man jest takim właśnie sąsiedzkim Pajączkiem, który powstrzymuje złodziejów i wskazuje drogę staruszkom, jak również ratuje swoje miasto, a nie cały świat, co jest przyjemną odmianą w MCU. I bardzo dobrze, bo od ratowania świata mamy Avengersów, a wszechświata – Strażników Galaktyki. Spider-Man powinien najpierw skończyć liceum.

Bardzo fajnie wyszły różnego rodzaju wstawki i nawiązania do pozostałych filmów, jak Kapitan Ameryka na wideach szkoleniowych albo składanie Gwiazdy Śmierci z klocków Lego. Z jednej strony pokazuje to, że skoro mamy taką samą popkulturę, to nasze światy tak bardzo się nie różnią, a z drugiej – łatwiej nam uwierzyć w to, jak wyglądałyby nasze realia, gdybyśmy dostali na dokładkę superbohaterów (pamiętacie jeszcze wpis o tym, dlaczego ich istnienie jest złym pomysłem?).

Czy polecam? Jak najbardziej. Dwie i pół godziny mija jak z bicza strzelił, sala zaśmiewa się do łez, a my chcemy więcej i więcej.

PS Są dwie sceny po napisach (ściślej mówiąc jedna mid-credits, a druga post-credits). Choć na tę drugą trzeba trochę poczekać, naprawdę warto.

spider-man-homecoming-trailer-zwiastun-3Scenarzyści filmów Marvela uwielbiają tworzyć sceny, w których bohater próbuje się rozerwać. Dosłownie.
(źródło)

Reklamy

2 uwagi do wpisu “RECENZJA SPIDER-MAN: HOMECOMING

  1. Wiciokrzew

    Byłam w kinie. Spiderman był przeuroczy. I generalnie to jest taki mocno nastoletni film. Co mi się podobało, podobnie jak to, że łatwo było uwierzyć że bohaterowie są dziećmi (często mam problem z tym, że aktorzy grający licealistów wyglądają na zdecydowanie starszych). I może to pora żeby zapoznać się z całą filmografię Hollanda? (Chłopak jeszcze jest na tyle młody, że siłą rzeczy nie ma zbyt dużo filmów w których grał)

    Polubienie

    1. Dobry casting to połowa sukcesu. Zwłaszcza gdy towarzyszy mu odpowiednio dobrany ton filmu. Dobrze, że postawiono na lekki klimat, bo gdyby zrzucono biedakowi ciężar całego świata na ramiona i krzywiłby się tylko jak serialowy Flash, to pewnie podczas seansu tłukłabym głową w ścianę. Chętnie bym obejrzała coś więcej Toma Hollanda, ale obawiam się, że filmy ma raczej średniej jakości. :(

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s