SCENY PO NAPISACH

07-credit-history-nocrop-w710-h2147483647
Pozdrowienia z Rosji to pierwszy film, który posiadał scenę po napisach

Film się skończył, napisy powoli pną się w górę, a ty siedzisz i siedzisz, czekając na dodatkową scenę, może dwie. No chyba że należysz do tej części widowni, która jeszcze nie nauczyła się, że nie tylko Marvel wplata w swoje filmy drobne niespodzianki, albo zwyczajnie masz je gdzieś.

Choć to prawda, że sceny po napisach kojarzą nam się przede wszystkim z Uniwersum Marvela, trzeba pamiętać, że coraz częściej pojawiają się w produkcjach zupełnie z nim niezwiązanych. Wystarczy wspomnieć o pojedynczych filmach z cykli takich jak: Piraci z Karaibów, Opowieści z Narnii, Harry Potter czy Szybcy i Wściekli. Za najświeższy przykład mogą posłużyć Transformersy. A i seriale na podstawie komiksów nie pozostają w tyle, choć w ich przypadku trudno mówić o napisach czy czekaniu per se, gdyż Agenci T.A.R.C.Z.Y. i The Flash ograniczają się do mignięcia logiem i tajemniczego głosu zapowiadającego szybki powrót.

Aczkolwiek ten, komu wydaje się, że sceny po napisach są nowością, jest w błędzie. Tak naprawdę towarzyszą nam one od lat 60., tyle że w nieco odmiennej formie. Istnieją różne zdania na temat filmu, w którym takowa scena pojawiła się po raz pierwszy. Jedni wskazują na Ryzykowną grę z 1960 roku, czyli pierwowzór Ocean’s Eleven z George’em Clooneyem, w której główni bohaterowie idą przed siebie, podczas gdy na ekranie pojawiają się i znikają napisy, trudno więc mówić o scenie po napisach, raczej w jej trakcie. Dlatego inni twierdzą, że ten zaszczytny tytuł przypada jednemu z filmów o agencie 007 pt. Pozdrowienia z Rosji z 1963 roku, w którym pojawiła się informacja, że James Bond wróci w Goldfinger. A potem już jakoś samo poszło. Wielka wyprawa Muppetów, w której Zwierzak przełamuje czwartą ścianę, każąc widzom iść do domu (co później wykorzystano w Wolnym dniu Ferrisa Buellera, a to z kolei w Deadpoolu). W Czy leci z nami pilot? postanowiono wrócić do mało istotnej postaci z początku filmu, żeby stworzyć ostatni zabawny gag.

Jak widać pierwsze sceny po napisach w większości były zwykłymi gratisami (żartem lub informacją na temat kontynuacji), mrugnięciem w stronę widza, które w żaden sposób nie wpływało na film ani jego odbiór. Zmieniło się to przy okazji Piramidy strachu, produkcji o młodym Sherlocku Holmesie, w której złoczyńca uznany za zmarłego przyjął tożsamość Moriarty’ego – doskonale wszystkim znanego nemezis Holmesa. Miało to stanowić swoistą zapowiedź kolejnej części… tyle że ta nigdy nie powstała. Podobnie było w przypadku Władców wszechświata z 1987 roku, gdzie Szkieletor zapowiedział swój powrót. Taki zabieg bardzo często wykorzystuje się w horrorach (czasem w scenie po napisach, czasem w scenie przed napisami), pokazując, że Wielkie Zło nie zostało ostatecznie pokonane, co z jednej strony ma nie pozwolić widzowi spać spokojnie, a z drugiej – otworzyć furtkę na sequel. Z potencjalnych kontynuacji sprytnie zażartowano w 22 Jump Street z 2014 roku, tworząc kompilację fragmentów coraz bardziej niedorzecznych przykrywek, pod jakimi mieliby pracować główni bohaterowie, choć ich ilość nieco zepsuła sam żart. Kolejnym sprytnym nawiązaniem wykazali się twórcy Gwiezdnych Wojen, kiedy w Mrocznym Widmie zapowiedzieli transformację Anakina tylko poprzez specyficzny oddech Dartha Vadera.

Na przełomie XX i XXI wieku potencjał scen po napisach dostrzegli twórcy produkcji familijnych. Sceny pojawiły się m.in. w Babe: Śwince z klasą, Małych agentach czy Shreku, a nawet w animacjach, które nie były tworzone z myślą o wyświetlaniu w kinach, jak Scooby Doo: Na wyspie Zombie czy Aladyn: Powrót Dżafara.

Dziś te dodatki nie są niczym dziwnym, zwłaszcza dzięki Marvelowi, który uparcie wrzucał je do każdego filmu. Fani z radością przyklasnęli pomysłowi, ku irytacji pracowników, przesiadując na sali kinowej dopóty, dopóki z ekranu nie zniknęła ostatnia kropka. Twórcy pozostałych franczyz szybko podchwycili ideę, raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Marvel przeszedł jednak sam siebie, doprowadzając do sytuacji, w której na jeden film dostaliśmy aż pięć scen po napisach. Mowa, oczywiście, o Strażnikach Galaktyki vol. 2, gdzie znalazło się miejsce dla scen zabawnych i tych zapowiadających trzecią część, co z kolei sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno każda z nich musiała zostać wciśnięta do filmu zamiast pojawić się jako dodatek na wydaniu DVD, tak jak to się przez długi czas robiło. Bo czasem warto dobrze się zastanowić nad tym, czy wycięcie konkretnej sceny z filmu nie oznacza, że niewiele ona do samego filmu wnosi.

Taki Kraglin uczący się posługiwania strzałą Yondu był zabawny i pewnie oznaczał, że w kontynuacji odegra znacznie większą rolę. Podobnie zresztą było w przypadku nastoletniego Groota – z jednej strony było zabawnie i pokazano przeskok czasowy, jaki nastąpi pomiędzy kolejnymi częściami, z drugiej – trudno założyć, że Groot będzie starzał się w tempie normalnego człowieka, skoro Quill wyglądał tak samo jak wcześniej, o przeskoku czasowym nie dowiadujemy się więc tak naprawdę nic. Gościnny występ Stana Lee i reaktywacja pierwszych Strażników przez bohatera granego przez Sylvestra Stallone’a są zwykłymi smaczkami dla fanów. Jedyną sceną zapowiadającą mocno to, co się wydarzy w kolejnej części, było stworzenie Adama Warlocka. Resztę można było spokojnie wrzucić do dodatków znajdujących się na DVD, a ja nie odniosłabym wrażenia, że twórcy po prostu nie mogli się zdecydować.

Strażnicy dobrze pokazują także podział na sceny po napisach (post-credits scenes) i sceny podczas napisów (mid-credits scenes). Podział ten nie ma co prawda większego znaczenia dla samego filmu, nie sądzę też, by w jakiś sposób hierarchizował ich ważność, ale istnieje i warto o nim wiedzieć. Zwłaszcza że te drugie często pokazują coś, o czym nie wspomniałam do tej pory, czyli wpadki z planu (gag reel tudzież bloopers).

Sceny po i podczas napisów towarzyszą nam nie od dziś, choć nie sposób pozbyć się wrażenia, że przeżywają teraz swoje pięć minut. Z różnym skutkiem, to prawda, ale stały się na tyle istotną częścią kinematografii, że powstała specjalna strona o nazwie MediaStinger, która gromadzi informacje tylko na ich temat.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklamy

6 uwag do wpisu “SCENY PO NAPISACH

  1. Wiciokrzew

    Osobiście chyba nie lubię scen po napisach w kinie. W domu mogę napisy przewinąć, ale w kinie dziwnie mi się siedzi, jak ludzie już się zbierają, a ja nawet nie koniecznie wiem czy i ile scen po napisach będzie.

    Lubię to

    1. Faktycznie jest to dziwne uczucie, kiedy wszyscy się zbierają (i przeciskają między fotelami!). Zazwyczaj śledzę na bieżąco informacje dotyczące filmów, więc wiem, ile scen po napisach w danym filmie jest. Na przykład w filmach Marvela zawsze trafi się minimum jedna, co nie jest chyba już dla nikogo tajemnicą, nie rozumiem więc, dlaczego ludzie zbierają się wcześniej. No bo skoro przyszli na film, to scenę po napisach też można zobaczyć. O dziwo, zawsze wydawało mi się, że napisy końcowe są strasznie długie, ale to nieprawda. Mijają zaskakująco szybko, zwłaszcza jeśli w międzyczasie pojawiają się mid-credits scenes.

      Lubię to

    1. Pomysł był świetny, ale wydaje mi się, że trochę „zarżnęli” ten żart, bo stał się przewidywalny. Gdyby wybrali najciekawsze pomysły i ograniczyli się do jakiejś połowy, wyszłoby to według mnie o wiele lepiej. :)

      Lubię to

  2. Bardzo, ciekawy i rzetelny tekst :) W tej chwili w ogóle nie oglądam typowych blockbusterów itp. które właśnie zazwyczaj mają tę scenę po napisach, ale nadal bardzo to lubię. Ciekawy zabieg. Nie wiedziałam, że już wcześniej to praktykowano ;)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s