ZABIJAĆ CZY NIE ZABIJAĆ – O LOSIE SERIALOWYCH POSTACI

571e143d61d312-629640314551149-5314116127-super
Którego z nas uśmiercą?

Jeśli śledzicie Przeglądowego fanpejdża, mogliście trafić na wpis dotyczący moich wrażeń po finale Supernatural. To już drugi oglądany przez mnie serial, po The 100, który pożegnał w tym roku ważnych bohaterów. I mam co do tego trochę mieszanych uczuć. Zaczęłam się więc zastanawiać, co jest gorsze: zabijanie lubianych bohaterów czy robienie z nich karykatur wraz z kolejnymi sezonami.

!!W dalszej części spoilery z finałów The 100, Supernatural i The Flash!!

Supernatural to serial, który właściwie od kilku sezonów opierał się na sympatycznych bohaterach, bo zawiłość i zaawansowanie kolejnych przeciwników zamiast podnosić poprzeczkę, znacznie ją obniżały. Od samego początku siłą twórców było tworzenie naprawdę fantastycznych bohaterów, z których część przeżywała potyczki z demonami i mogła raz na jakiś czas powrócić, by pomóc braciom Winchester w odhaczeniu na ich bucket list potworów z kolejnych mitologii, co często dawało nam najlepsze odcinki. Paradoksalnie nadszedł moment, kiedy sympatyczni bohaterowie postanowili wrócić i ugryźć w tyłek scenarzystów.

Początkowo Castiel i Crowley mieli dostać role powracające i zabawić na planie przez jeden czy dwa sezony, ale zostali tak ciepło przyjęci przez fanów, że zostawiono ich na dłużej, znacznie dłużej, co skończyło się bezsensownym miotaniem po ekranie.

Mam wrażenie, że twórcy już sami mają dość tego serialu i tworzą go minimalnym nakładem pracy. Jasne, ten sezon jest lepszy od wielu poprzednich, głównie dzięki intrydze na mniejszą skalę, ale bohaterowie zostali sprowadzeni właściwie do pojedynczych reakcji – Dean chodzi wściekły i obrażony na cały świat, Sam ogranicza się do robienia miny zbitego psiaka, Cas zachowuje się, jakby nie wiedział, co się dokoła niego dzieje, Crowley nie wie, czego chce, a Lucyfer – powrót do fantastycznego w pierwszych sezonach Marka Pellegrino – przypomina rozkapryszone dziecko. I żadne starania tak cudownie dobranych do ról aktorów nie są w stanie tego zmienić.

Scenarzyści chyba sami zdali sobie z tego sprawę i stanęli przed trudnym wyborem – ciągniemy to dalej czy próbujemy coś zmienić? Wszystko wskazuje na to, że zdecydowali się na coś pośrodku, ostatecznie zabijając Crowleya i chwilowo pozbywając się Castiela (już wiadomo że Misha Collins wróci w kolejnym sezonie, tyle że w zmienionej roli, choć dalej będzie to Cas). No i fani są niezadowoleni, a ja wręcz przeciwnie – wolałabym, by pozbyto się ich obu, a jeśli miałabym wybierać, to wolałabym zostawić Crowleya, bo Mark Sheppard radził sobie najlepiej z tak kiepskim materiałem. Nie miałabym też nic przeciwko uratowaniu Roweny, bo to ciekawa postać, którą można było poprowadzić na wiele różnych sposobów (co w sumie nie jest wykluczone, zważywszy na to, że scena jej śmierci nie została pokazana, a jak dobrze wiemy, o ile ktoś nie umrze przed kamerą, to pewnie przeżyje). Ale przecież Winchesterowie muszą mieć anioła stróża, a nie króla piekieł. Pytanie tylko, czy Sam i Dean w stanie, w jakim są teraz, potrafiliby utrzymać serial na swoich barkach (być może dlatego zwrócono nam w pewnym sensie Bobby’ego – mam nadzieję, że będzie się pojawiał częściej!)

W The 100 również postanowiono pozbyć się dwójki ciekawych bohaterów i to za jednym zamachem, a właściwie za jednym Konklawe. Mowa oczywiście o Roanie i Lunie. Postaci wprowadzane i rozwijane stopniowo przez cały sezon, zostały nam odebrane dość nagle i na pierwszy rzut oka bez uzasadnienia (później okazało się jednak, że przygotowywano Octavię do objęcia nowej roli). Niektórzy fani grozili nawet, że przestaną oglądać serial i nawoływali, by pozostali zrobili to samo.

maxresdefaultIgrzyska śmierci w jakiejkolwiek odmianie to najlepszy sposób na przetrzebienie stadka postaci

Zupełnie inaczej podeszli do sprawy scenarzyści The Flash. Nie ucząc się na błędach z poprzedniego sezonu, postanowili utrzymać status quo. Uratowanie Iris, której śmierć zapowiadano od samego początku, jest według mnie strasznym błędem, bo jej rola ogranicza się do łzawych albo motywujących przemów. Zabicie kolejnej wersji Wellsa się nie liczy, bo zwracają nam jego odpowiednik z poprzedniego sezonu.

!! Koniec spoilerów !!

No więc wracam do pytania zadanego we wstępie – lepiej zabijać lubianych bohaterów czy wykorzystywać ich ile się da? Wbrew pozorom to dość trudne pytanie. Serial jest ciągnięty tak długo, jak ludzie chcą go oglądać, a często oglądają go, bo przywiązali się do bohaterów. Supernatural jest tego idealnym przykładem – pomimo spadku jakości od mniej więcej piątego sezonu, serial utrzymał stałą bazę fanów, a właśnie skończył się dwunasty sezon (i wcale nie ostatni!). Nie osiągnął tego dzięki przekombinowanej fabule, raczej pomimo niej. Trzeba też pamiętać, że serial zarabia również na gadżetach związanych z fandomem, a ta znacznie spada po zakończeniu emisji. Możemy więc zrozumieć scenarzystów, którzy pragną kuć żelazo póki gorące.

Problem pojawia się wtedy, gdy postaci zostały napisane z zamysłem wykonania konkretnej misji (czy jakkolwiek inaczej to nazwać), a wraz z przedłużeniem ich pobytu na planie trzeba je czymś zająć. O ile znalezienie zajęcia na jeden-dwa sezony jest możliwe, o tyle im dalej w las, tym ciemniej. Bohaterów wykorzystuje się tak długo, aż stracą cały swój urok i staną się karykaturą samych siebie. To niebezpiecznie wpływa też na wspomniane już wcześniej serialowe status quo, kiedy to postaci nie mogą dopuścić się strasznych czynów, żeby nie zrazić do siebie fanów, a wszelkie „śmierci” są tymczasowe.

Czasem bycie scenarzystą wymaga trudnych decyzji – bo tak naprawdę nie ma jedynej słusznej odpowiedzi na pytanie, czy lepiej zabić bohatera, póki wzbudza sympatię, czy wykorzystywać tę sympatię tak długo, aż stanie się on własną karykaturą. Część fanów i tak będzie niezadowolona.

Osobiście uważam, że serial nie może być dobry, jeżeli cały czas stoi w miejscu. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z produkcjami, których bohaterowie co tydzień ryzykują życiem w walce z siłami Zła. Jasne, szkoda mi Roana, bo to postać o ogromnym potencjale, ale wolę już go stracić niż pozwolić, by stał się marionetką pokroju Castiela. Taka właśnie nieczuła się stałam od nadmiaru seriali.

Zapisz

Reklamy

7 uwag do wpisu “ZABIJAĆ CZY NIE ZABIJAĆ – O LOSIE SERIALOWYCH POSTACI

  1. M.

    Z jednej strony uważam, że twórcy (powieściopisarze, scenarzyści, reżyserzy i tak dalej) powinni być samolubni do szpiku kości. Jeśli w zamyśle mają, żeby konkretną postać uśmiercić (zarówno dosłownie, jak i w przenośni) to powinni to zrobić, a nie uginać się pod presją fanów czy kogokolwiek innego. To moje dzieło, nikogo innego, a jeśli ci się moja wizja nie podoba lub uważasz, że zrobiłbyś to lepiej – śmiało, próbuj.

    Z drugiej strony natomiast jestem w stanie zrozumieć sytuację, gdy twórcy, w ramach swoistego ukłonu w stronę swoich fanów, wprowadzą drobne zmiany w swoim dziele. Albo dodadzą jakieś „smaczki”, które uprzyjemnią obcowanie ze swoją twórczością, choćby przez krótką chwilę.

    Ostatecznie, jeśli wola twoich fanów kompletnie nie zgrywa się z twoją, ewentualnie targają tobą wątpliwości czy ugięcie się pod ich żądaniami będzie miało dobry wpływ na jakość twojej pracy, po prostu zasłoń uszy/oczy i udawaj, że nie wiesz co się do ciebie mówi.

    Lubię to

    1. Wiciokrzew

      Ja mam wrażenie, że to dotyka szerszego problemu, jakim jest to, że twórcy nie chcą kończyć swoich dzieł, dopóki przynoszą popularność. W efekcie mamy zepsute postaci, których rola już dawno się skończyła, pomysły na fabułę już dawno się skończyły, a widzowie się zastanawiają co scenarzysta brał jak to pisał, i modli się, żeby to się skończyło. A to boli jak się lubiło jakiś serial i patrzy się jak się psuje (patrzy z żalem na Castle’a)

      Lubię to

    2. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze ;)

      Zgadzam się z wami. Autorzy powinni trzymać się swojej wersji, niestety żyjemy w czasach, gdy większość ludzi uważa, że wszystko im się należy (nawet to, żeby zmieniać czyjeś dzieło wedle ich widzimisię). A niezadowolenie potrafi skutkować bojkotem i zmniejszeniem zarobków autora – a tego przecież nikt nie chce.

      To przedłużanie na siłę seriali również tyczy się zarobków – w pewnym momencie przestaje liczyć się samo dzieło, a to, że ma się pracę na kolejny rok (i kolejny, i jeszcze jeden). Tyle że żadnego dzieła nie można ciągnąć w nieskończoność, więc prędzej czy później jakość spada na łeb, na szyję.

      Jako fanka jestem oburzona tym, co twórcy robią ze swoimi dziełami, jako człowiek… no cóż, żywot scenarzystów czy pisarzy do łatwych nie należy. Mało trafia się takich Rowling, które są ustawione do końca życia dzięki jednemu cyklowi książek. A nikt nie zagwarantuje, że po zakończeniu dzieła, które się podoba, stworzymy coś innego, co również się sprzeda. Dlatego rozumiem asekurantyzm i chęć wyciśnięcia, ile się da z czegoś, co się wymyśliło.

      Lubię to

      1. Wiciokrzew

        Ja to z jednej strony rozumiem, ale z drugiej strony to może zadziałać trochę na odwrót. Bo serial w końcu będzie trzeba skończyć. Serię książek pewnie też.
        Ale jeśli się skończy we właściwym momencie, to zostanie się zapamiętanym „O on stworzył serial X/książkę Y, była dobra.” i widząc następne dzieło tego autora ludzie to kupią, bo autor wyrobił sobie markę. Spójrzmy na Rowling. Ona może i ma z Pottera dużo pieniędzy, ale też dzięki temu każdy ją kojarzy jako dobrą pisarkę, i najprawdopodobniej z każdą kolejną książką z jaką by poszła do wydawnictwa, to zostałaby wydana bez problemów. I tak samo kupiona.

        Lubię to

        1. To prawda, ale nikt nie gwarantuje, że kolejne książki się spodobają, a pisarz nie zostanie okrzyknięty „autorem jednego dzieła”. Z serialami może być trochę tak, że stacje bardziej niż na opinie patrzą na to, jak długo scenarzysta był w stanie utrzymać wysoką oglądalność (a słowo „wysoką” zależy od konkretnej stacji).
          Osobiście jestem zdania, że powinno być tak jak z dramami – mam konkretny pomysł, rozpisuję go na tyle sezonów, na ile potrzebuję, i kończę przygodę z nim, a zaczynam z kolejnym. To samo z książkami. Bardzo nie podoba mi się sposób, w jaki funkcjonuje to obecnie i często porzucam seriale między 3 a 5 sezonem, bo nie mogę na nie dłużej patrzeć.

          Lubię to

          1. Wiciokrzew

            Podobny problem widać w niektórych mangach nawet. No widać że autor nie ma pomysły (Bleach), a dalej to ciągnie (w sumie już ciągnął, bo kazali mu to skończyć), albo że sam się zagania w kozi róg (takie mam wrażenie, jak słyszę co się dalej dzieje w mandze Atak Tytanów).
            A seriale tworzone na zasadzie „mam pomysł na jeden sezon i tyle zrobię” to w sumie byłaby nowość w telewizji. Bo jeszcze nie tak dawno królowały procedurale, które miały po naście sezonów, ale tak naprawdę, twórcy nie zakładali, że widownia będzie oglądała wszystkie odcinki.
            Z drugiej strony: bardzo podoba mi się pomysł American Horror Story. To znaczy: mamy serial którego fabuła trwa jeden sezon. Następny sezon ma może i tych samych aktorów, ale jest o czymś zupełnie innym.
            Przy książkach trochę irytujące bywa pisanie przez autora tego samego tylko oczyma innego bohatera, szczególnie jak sama książka nie była dobra (Tu Wiciokrzewowi przyszło do głowy 50 twarzy Greya).

            Lubię to

            1. Oj tak, teraz większość autorów idzie w ilość zarobionych pieniędzy niż w jakość. Do tej pory pamiętam, co Hiroyuki Takei nawyprawiał w mandze „Król Szamanów” i nawet cieszę się, że nie zostało to zekranizowane w anime. Choćbym chciała, to niedorzeczności ostatecznej walki nigdy nie zapomnę. xD
              No niby powstają jakieś miniseriale, ale wciąż jest to rzadkość. Przez pewien czas miałam nadzieję, że „American Horror Story” wprowadzi nową jakość w telewizji, niestety nikt nie chciał iść w ich ślady. A szkoda.
              Strasznie mnie to denerwuje, bo jest to ewidentne naciąganie czytelnika. Jest szansa na to, żeby zrobić coś takiego dobrze, ale wymaga to dużych umiejętności i wprowadzenia znacznej ilości nowych scen, żeby czytelnik nie usnął. Niestety za takie chwyty biorą się marne autorzyny, a nie pisarze z prawdziwego znaczenia.

              Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s