PRĘDKO, ZANIM DOTRZE DO NAS, ŻE TO BEZ SENSU, CZYLI GDY ZAWODZI SCENARZYSTA…

(źródło)

Pamiętacie jeszcze wpis o popkulturowym uzależnieniu z perspektywy czasu? Jednym ze wspomnianych tam skutków było to, że przestałam się ekscytować zapowiedziami nowych produkcji, bo im bardziej nakręcałam się na jakiś tytuł, tym większego rozczarowania doświadczałam. Stało się to swego rodzaju zasadą w moim życiu.

W ciągu ostatnich miesięcy zapomniałam o niej aż trzy razy i trzy razy się zawiodłam (wiem, brzmię, jak stara, zrzędliwa baba, ale to prawda!). Dwa razy dotyczyło to serialu i raz – książki, dlatego scenarzysta w tytule jest trochę naciągany, ale uznajmy, że pisarz i scenarzysta nie różnią się aż tak bardzo, w każdym razie nie pod tym względem, o który mi chodzi, czyli tworzenia pewnej historii.

Zacznę przewrotnie jak na wpis o serialach, bo od stwierdzenia, że naprawdę cenię dramy. Choć są one jednymi z najbardziej schematycznych produkcji na świecie (schematyczni bohaterowie rozwiązują schematyczne problemy przy użyciu schematycznych rozwiązań), paradoksalnie przewyższają hollywoodzkie seriale pod jednym względem – tworzone są z zamiarem ukazania zamkniętej historii. Bez względu na to, czy zakończenie przypadło nam do gustu, czy też nie, dostajemy odpowiedzi na wszystkie pytania w sezonie, który zdecydowaliśmy się obejrzeć.

Seriale amerykańskie zazwyczaj tworzy się z myślą o wieloletniej kontynuacji, co widać już od samego początku. Jest to problematyczne z kilku względów. Z jednej strony bywa tak, że serial okazuje się klapą i zostaje ściągnięty z anteny po pierwszym sezonie, a garstce fanów, którą zgromadził wokół siebie, serwuje się nóż w serce, powszechnie znany jako cliffhanger. Z drugiej – poświęcamy czas na obejrzenie całości (około piętnastu godzin na serial składający się z dwudziestu dwóch odcinków), a na koniec wcale nie dostajemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania – zauważcie, jak często okazuje się, że problem, wokół którego wszystko się kręciło, nazwijmy go Główną Tajemnicą Serialu, jest zaledwie częścią większej konspiracji. Fabuły rozciąga się więc na wiele sezonów, wykorzystując niezliczoną ilość tzw. fillerów i gmatwając je coraz bardziej. Z roku na rok serial staje się coraz większym przekleństwem, zarówno dla widza, któremu trudno pożegnać się z ulubionymi bohaterami, zwłaszcza mając w pamięci świetne początki, jak i dla ich autorów, którzy de facto mają tylko dwa wyjścia (o nich poniżej).

Nie oszukujmy się – im dłużej trwa serial, tym gorszej jest jakości. Chodzi przede wszystkim o to, że pomysł na historię błąkał się w umysłach scenarzystów dobrą chwilę, mieli wystarczająco dużo czasu, żeby go dopracować tak, by reprezentował sobą pewien poziom (mogło to być nawet kilka-kilkanaście lat ciągłych poprawek i zmian aż szkic nadawał się do pokazania światu). Wraz z kolejnymi sezonami tego czasu nie ma, pojawiają się za to pomysły na nowe historie, a miłość do swojego dzieła zamienia się powoli w nienawiść albo chociaż irytację. Bo jednak scenarzyści do planowania podchodzą ze szczątkowym optymizmem i ten dziesiąty czy dwunasty sezon jest dla nich sporym zaskoczeniem.

Pół roku później scenarzyści wciąż nie wiedzieli, kogo zabiją, choć nagrobek pokazali w pierwszym odcinku

Jedni scenarzyści decydują się zostać mimo to, inni odejść, aczkolwiek serial cierpi na tym w obu przypadkach.

Gdy scenarzysta oddaje swojego potworka pod skrzydła kolegi czy koleżanki po fachu i postanawia zająć się nowym projektem, jego następca często nie odnajduje się w historii wymyślonej przez kogoś innego. Często istnieje pewna różnica w zdolnościach i doświadczeniu obu autorów, w końcu nie bez powodu ten drugi pracował nad czyimś dziełem jako pomocnik. To właśnie w tym przypadku bohaterowie nagle zachowują się jak nie oni, a charakterystyczny klimat gdzieś ucieka.

Bywa też tak, że scenarzysta decyduje się kontynuować swoje dzieło, ale robi to od niechcenia zgodnie z mądrością Króla Juliana teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu, byle mieć, czym opłacać rachunki. Tutaj z kolei widać niedopracowanie, brak logiki i psujące wszystko rozwiązania fabularne (bądź wojowniczką ze znienawidzonego przez wszystkich plemienia, dowiedz się, że nadchodzi wojna, wjedź na koniu do miasta okupowanego przez walczące ze sobą klany i ogłoś wszem i wobec, że przyjechałaś na wojnę. Brawa, Octavio! Jakim cudem jeszcze żyjesz?).

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W Hollywood (nie tylko, ale tam widać to najbardziej, bo Fabryka Snów zdominowała produkcję seriali) ważniejszy od opowiedzenia historii stał się zarobek. Oczywiście nikt nie oczekuje od scenarzystów, by pracowali pro bono, ale trochę szacunku dla widza jeszcze nikomu nie zaszkodziło. O ile nie miałabym żadnego problemu z zaakceptowaniem serialu, który od samego początku został zaplanowany na trzy, pięć czy nawet siedem sezonów, bo właśnie tyle potrzeba, by wszystkie wątki ładnie pozamykać, o tyle scenarzyści Arrow tłumaczący w połowie sezonu, że jeszcze nie wiedzą, kto znajdzie się w pokazanym w pierwszym odcinku grobie, wydaje się być zwykłą kpiną. Pisanie scenariuszy „z biegu” może być fajną zabawą dla ich autorów, ale dla widzów już nie.

PS Wpis tak późno, bo nie miałam weny, w trakcie pisania zmieniłam zdanie na temat tego, o czym chcę pisać, a potem wpis sam mi się usunął… Takie rzeczy tylko u mnie ><

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s