HEN ZA HORYZONT! – RECENZJA MOANY

moana-fallback_fde4d101(źródło)

Wszyscy widzieli już Moanę, obejrzałam wreszcie i ja. Tak się złożyło, że Youtube przypomniał mi o oscarowym występie Auli’i Cravalho How Far I’ll Go, który uważam za bardzo udany (zwłaszcza z zabawną zapowiedzią Dwayne’a Johnsona i muzycznym wstępem Lina-Manuela Mirandy), więc postanowiłam chwilę odsapnąć od nadrabiania zaległości serialowych i czytania książek, zagłębiając się w kolorowym świecie Disneya.

Dla tych, którzy jeszcze jakimś cudem nie widzieli animacji albo zdążyli już o niej zapomnieć, główną bohaterką jest Moana, córka polinezyjskiego wodza, która nie potrafi odnaleźć się na wyspie, bo cały czas ciągnie ją do morza. Gdy wyspa zaczyna obumierać, Moana odkrywa, że w legendach opowiadanych przez babcię, tkwi ziarno prawdy – jedynym sposobem na uratowanie domu przed zagładą jest odnalezienie półboga Mauiego i dostarczenie go do miejsca, z którego wiele lat wcześniej wykradł dający życie boski klejnot. Pomaga jej w tym niezbyt rozgarnięty kogut i ocean – bardziej żywy niż nam się wydaje (i nie, wcale nie mam na myśli roślin i zwierzątek w nim żyjących).

Disney postanowił obrać dwie drogi. Z jednej strony serwuje nam odgrzewane kotlety w wersji aktorskiej z pewnymi zmianami lub bez nich (Kopciuszek, Piękna i Bestia, Maleficent itd.), a z drugiej – idzie za ciosem i tworzy kolejne zaradne bohaterki animowane, będące właściwie personifikacją girl power (Merida Waleczna, Kraina Lodu, Moana). O ile w Meridzie pokazano dziewczynę, która zmuszona jest walczyć o swoją pozycję tylko dlatego, że nie jest mężczyzną, a w Krainie Lodu zwrócono uwagę na samotność i izolację bohaterki (zabawę dobrze znanymi schematami zostawiając jako wisienkę na torcie), o tyle Moana wpasowała się idealnie w schemat Mary Sue, nie próbując przekroczyć go nawet jednym paluszkiem.

Znaczy wiecie, animacja jest bardzo ładna, ale nie może się pochwalić stworzeniem specjalnego programu do kreowania indywidualnych wzorów płatków śniegu (tak jak Kraina Lodu), a żadna scena jakoś nie zapiera tchu w piersi. Bohaterowie są sympatyczni i ewoluują w trakcie filmu, ale ta przemiana jest dość marnie zarysowana. Moana niby jest totalnie nieprzygotowana do swojej wielkiej misji, tyle że jakoś nie przeszkadza jej to w odnoszeniu spektakularnych sukcesów (serio, jedyne, czym może się pochwalić to determinacja i odwaga, momentami granicząca z głupotą).

Moana wyróżnia się za to posiadaniem dwójki całkiem zdrowych i żyjących rodziców, co jest właściwie ewenementem w animacjach Disneya, tyle że niewiele mają oni do powiedzenia – jak zwykle bardziej przeszkadzają niż pomagają. Poza tym, jeśli mam być całkiem szczera, nie wiem, czy przedstawienie małoletniej bohaterki, która sprzeciwia się ojcu i wyrusza całkowicie nieprzygotowana w podróż pełną niebezpieczeństw, jest tym, co Disney chce wpoić nowemu pokoleniu dzieciaków.

Trochę sobie ponarzekałam, to teraz powiem wam w tajemnicy, że w sumie bajka przypadła mi do gustu. No bo czemu nie? Grafika jest śliczna, nawet jeśli brakuje w niej scen, które wywołałyby szybsze bicie serca. Bohaterowie są całkiem sympatyczni (Maui to co prawda narcyz, a Moana to Mary Sue, ale w sumie nie działają na nerwy), a relacje między nimi wywołują uśmiech. Wreszcie nie ma wątku miłosnego (da się? da się!), ani nawet jego zarysu. Jest zabawnie, mitologia polinezyjska to powiew świeżości (koniecznie muszę się z nią kiedyś bliżej zapoznać!), a piosenki wpadają w ucho, nawet jeśli nie zostają w pamięci na długo.

Jedyne, co rzuca się w oczy, to fakt, że bajka kierowana jest bardziej do dzieci niż dorosłych, więc ci drudzy mogą się nieco znudzić podczas seansu. Niemniej jednak jeśli szukacie przyzwoitej animacji na weekend, która pozwoli się wam odprężyć przez półtorej godziny – Moana (czy też Vaiana: Skarb oceanu) będzie dobrym wyborem.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “HEN ZA HORYZONT! – RECENZJA MOANY

  1. Ja tę bajkę naprawdę polubiłam. Pojechałam na nią z dzieciakami do kina. Pamiętam, że łezka się zakręciła i musiałam to przed nimi ukrywać. Fakt, że twórcy korzystają z utartych motywów, ale mnie to nie przeszkadza. Dobry odgrzewany kotlet czasem nie jest zły. Mojemu synowi też się podobało.

    Lubię to

    1. Wydaje mi się, że tę bajkę można rozpatrywać dwojako. Z jednej strony jako przyzwoitą, choć schematyczną animację, przy której można miło spędzić czas, a z drugiej (tej bardziej krytycznej) porównać ją z pozostałymi animacjami Disneya. Bo ostatnie bajki, takie jak „Księżniczka i żaba”, „Merida Waleczna” i „Kraina Lodu” są pod pewnymi względami wyjątkowe, zwłaszcza pod względem kreacji bohaterek, Moana zamiast robić kolejny krok naprzód, robi krok w tył, pomimo ogromnego potencjału, jaki w niej drzemał. Oczywiście ma to znaczenie bardziej dla recenzentów, którzy lubią szukać dziury w całym, niż dla przeciętnego widza (szczególnie dzieci).
      Choć – bądźmy szczerzy – trudno spodziewać się po studiu, żeby każdy kolejny film był lepszy od poprzedniego… Najważniejsze, że dobrze bawiliście się z synem :)

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s