7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH WYDAWNICTW LITERACKICH

17571201_1301394066562647_1721953734_oRóżnorodny format prezentuje się na półce raczej nieciekawie

Powieść to nie tylko poruszona w niej historia, to również sposób jej wydania, na który składa się kilka ważnych czynników. Bywa tak, że czasem wydawnictwa zaniedbują jeden lub więcej elementów, co powoduje znaczny spadek jakości książki.

Do najczęściej spotykanych błędów zaliczam:

  1. Format

Tematyka książki często wpływa na sposób jej wydania. Wiadomo – albumy muszą być duże, żeby móc podziwiać zdjęcia w pełnej okazałości, wydania kieszonkowe znacznie mniejsze i lżejsze, żeby nie zajmowały dużo miejsca i tak dalej. Mnie chodzi o zróżnicowane formaty zwykłych powieści, przez które książki trudniej poukładać na półce, co negatywnie wpływa na estetykę. Jak te powyżej.

  1. Grafika

W przypadku grafiki można wyliczyć kilka grzechów.

Po pierwsze: okładka wygląda, jakby ktoś nieumiejętnie posklejał kilka niepasujących do siebie obrazków, i jest, co tu dużo mówić, niemiłosiernie brzydka.

Po drugie: grafika na okładce nie ma zupełnie nic wspólnego z treścią powieści. Czasem trafi się nawet coś ładnego, co przykuwa wzrok, ale nijak nie zapowiada ani nie ilustruje wydarzeń.

Po trzecie: zmiana zamysłu artystycznego, który idealnie widać na przykładzie książek Romualda Pawlaka.

17692871_1301393296562724_126420485_oTak prezentuje się przykładowa zmiana zamysłu artystycznego

  1. Napisy na grzbiecie

Nie wiem jak wy, ale zawsze kiedy ja stoję przed zapełnionymi po brzegi półkami, czy to w bibliotece, czy też księgarni, w pewnym momencie mam dość kręcenia głową to w prawo, to w lewo, żeby odczytać tytuł, i zaczynam zwracać uwagę tylko na grzbiety, które w pewien sposób przyciągają wzrok. O powodzie tych różnic możecie przeczytać w arcyciekawym wpisie, na który wpadłam dzięki Klaudynie z kreatywa.net.

top5-4-2Nawet w tym samym wydawnictwie, ba!, w tej samej serii zdarzają się wpadki grzbietowe. Aż się prosi krzyknąć „wybierzże jedną wersję!”
(źródło)

  1. Brak opisu

Kiedy już uda mi się znaleźć książkę o intrygującym tytule albo ślicznej okładce, biorę książkę do ręki, żeby dowiedzieć się, czy jest to coś, co powinno przypaść mi do gustu. Nie oszukujmy się – sam tytuł albo okładka bardzo często niewiele mówią nam o treści. A tam, zamiast opisu, który rozwiałby moje wątpliwości, fragmenty wypowiedzi celebrytów i blogerów, które zachwalają wyjątkowość historii (a to niespodzianka, w końcu wydawcy tak chętnie wykorzystują negatywne oceny w promocji swoich książek…) albo ładny obrazek i chwytliwe pytanie. Innymi słowy, odkładam książkę na półkę, zniechęcona, i zazwyczaj o niej zapominam.

20160101_190256Treściwy opis = wszystko jasne
(źródło)

  1. Marketing bazujący na porównaniu do bestsellera

Równie irytującym podejściem jest oparcie całej promocji na porównaniu do powszechnie znanego bestsellera. Nie zliczę, ilu powstało następców Harry’ego Pottera czy Igrzysk śmierci. Kiedy byłam młodsza, zdarzało mi się nabierać na te porównania, ale za każdym razem okazywały się całkiem chybione. Teraz jestem zdania, że ten zabieg oznacza po prostu słabą książkę, która nie ma szans na odniesienie sukcesu bez wzbudzenia sztucznego zainteresowania. Jak do tej pory jeszcze się nie pomyliłam.

17759155_1301468856555168_372218787_oFragment okładki Czarem i smokiem może nie jest idealnym przykładem, ale nie mam akurat niczego lepszego pod ręką, a pojawia się odwołanie do Monty Pytona

  1. Brak korekty

Jakiś czas temu napisałam wpis pod tytułem Między ceną a jakością, w którym poruszyłam temat ciągle drożejących książek i braku korekty. Napisałam go z myślą o konkretnym wydawnictwie, ale od tamtego czasu zaczęło ono inwestować w sprawdzanie tekstu, z czego bardzo się cieszę. Niestety okazało się, że problem nie samego braku, ale raczej niedokładnej korekty jest znacznie poważniejszy i dotyka wiele innych wydawnictw – głównie są to literówki, brak polskich znaków i skąpa interpunkcja.

znaki_korektorskiePrzykład profesjonalnej korekty, której nieraz w książkach brakuje
(źródło)

  1. Porzucenie cyklu

Wydawnictwa nie prowadzą działalności non-profit, więc jeśli dana książka nie przynosi wystarczającego zysku, rezygnacja z kolejnych tomów wydaje się rozsądnym posunięciem. Czytelnik, choć rozumie, cierpi za miljony. Nie dość, że zostaje z wielką pustką w sercu i portfelu, to jeszcze mało kiedy inne wydawnictwo decyduje się na wznowienie częściowo wydanego już cyklu.

20150717_121055Cykl Aleksandry Rudej nie tylko obrazuje wszystkie wpadki graficzne, ale również jest idealnym przykładem porzucenia cyklu
(źródło)

Zgadzacie się ze mną? A może coś pominęłam?

Reklamy

14 uwag do wpisu “7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH WYDAWNICTW LITERACKICH

  1. Wiciokrzew

    Mnie się wydaje że z tych zarzutów największy jest ten dotyczący korekty. (To że pisarz nie potrafi stawiać przecinka to jedno, ale jak już ktoś chce to pokazać ludziom, to wypadałoby żeby ktoś sprawdził czy aby na pewno przecinki są tam gdzie powinny, a nie gdzieś, gdzie ich być nie powinno.)

    Co do okładek: brzydkie same sobie trochę szkodzą, bo może i nie należy oceniać książki po okładce, ale jeśli mamy całą księgarnię do przejrzenia, to pierwszą rzeczą jaką zauważamy to okładka. Drugą faktycznie jest krótki opis na tyle tejże okładki. Chociaż, przy sprawdzaniu książek, np. mój tata czasem po prostu czyta kilka stron ze środka, żeby sprawdzić czy mu podejdzie książka.

    Co do formatu: może faktycznie fajnie byłoby mieć wszystkie książki równe, ale wymaganie tego od wydawców, jest moim zdaniem lekką przesadą, o ile taka zmiana rozmiaru nie zajdzie w obrębie jednej serii.

    Lubię to

    1. Ano właśnie, jestem dokładnie takiego samego zdania. Nie bez powodu powstał zawód korektora. Ale szukając oszczędności, najłatwiej jest sobie ten punkt odpuścić, tylko wtedy wypadałoby zatrudnić tłumacza albo redaktora, który zna się na zasadach języka polskiego. Nikt nie chce kupować półproduktu, a według mnie tym jest książka bez korekty.

      To też prawda. Brzydka okładka często mnie zniechęca, ale jednak staram się zwracać bardziej uwagę na opis, bo często zdarzało mi się ignorować książki, które koniec końców okazywały się bardzo fajne. Tylko ten opis musi tam jeszcze być ;) Czytanie kilku stron to jest trochę wyjście na pół gwizdka, bo ocenić można styl, ale fragment może nie oddawać dobrze całości. No i trzeba mieć czas przeczytać kilka stron, a ja do księgarni stacjonarnych zaglądam zazwyczaj, jak czekam na autobus ;)

      Kurczę, tylko ze mnie taka przebrzydła estetka? :D

      Lubię to

      1. Wiciokrzew

        Cóż… zawsze można stosować system układania książek rozmiarami. Ja stosuję system „pod ręką”, więc na półce za dużo tak generalnie nie stoi, bo wszystkie książki leżą na stoliku. Albo pod stolikiem. Albo w łóżku. Pod łóżkiem nie, bo tam się nie zmieszczą. ;)

        Lubię to

        1. Problem w tym, że u mnie te rozmiary są bardzo zróżnicowane, jednych mam dużo, a drugich mało i nie bardzo jest możliwość tak je ułożyć :)
          A ja mam łóżko z kwadratowymi otworami po bokach – taka podręczna półka na książki ;)

          Lubię to

  2. Mnie irytuje nie wydanie jednej serii, na którą był popyt. Czytelnicy ponoć nawet listy pisali. Inne wydawnictwo się tego podjęło. Ale wkurza mnie też wiele z tych rzeczy. Serii w różnych okładkach nie kupię, czegoś z ohydną okładką również. Jednak wydawanie książki bez porządnej korekty nie powinno być dopuszczalne. Przecież kupując produkt, chcę, aby był kompletny i pozbawiony wad. Marzy mi się, aby książkę z rażącymi błędami oddawać w ramach reklamacji, jako produkt wadliwy.

    Lubię to

    1. Zgadzam się z tobą całkowicie! O ile, jestem w stanie zrozumieć, że korektorowi umknęło kilka przecinków i powtórzeń, o tyle błędy w stylu „t,o” czy „byłaM” są niedopuszczalne (na bloga, nawet word to wyłapie!). Niestety, nakład książek jest drukowany tak samo, więc nawet nie ma na co wymienić produktu wadliwego, no chyba że z dodruku (jeśli do tego czasu książka przeszła korektę, w co wątpię), ale raczej to nie przejdzie. A powinno!

      Lubię to

  3. Format <- Nie rozumiem, oczekujesz od WSZYSTKICH wydawców, aby wszystkie książki były tego samego formatu? To nieco śmieszne.

    Porzucenie cyklu… no cóż, trudna sprawa. Ale ja całkowicie rozumiem, że jeśli coś się nie opłaca to się tego nie sprzedaje. Dobrym rozwiązaniem jest np. wymysł Moondrive, czyli stworzenie sklepu z tytułami niektórych serii na wyłączność. I wydawca, i czytelnik zadowolony.

    Lubię to

    1. Dlaczego? Nie sądzę, żeby ujednolicenie formatu było czymś złym albo trudnym do uzyskania. Oczywiście pozostaje kwestia wydań zbiorczych i bardzo grubych książek, ale to już można by potraktować indywidualnie, bo dzielenie ich na części byłoby głupotą. Żeby nie było wątpliwości, chodzi mi wyłącznie o powieści, w których różnice są stosunkowo nieduże, jak te z pierwszego zdjęcia.

      Zaglądałam do sklepu Moondrive, ale nie zauważyłam niczego takiego. Możesz wskazać jakieś konkretne tytuły, które są dostępne tylko tam? Pytam, bo to ciekawa sprawa i chciałabym wiedzieć więcej na ten temat :)

      Lubię to

  4. Ad. 1 Ale że wymagasz od wydawców, żeby podpisali jakąś wspólną umowę o tym, żeby wszystkie ksiązki wychodziły tylko w jednym prawilnym formacie? To chyba trochę przesada. Zwłaszcza w przypadku książek większych objętościowo. No chyba, ze dla ujednolicenia formatu byłabyś gotowa płacić za trzy lub cztery woluminy niektórych powieści, wtedy ok. (choć ja bym wolała nie płacić, szczerze mówiąc :P )
    Ad. 2 Jeszcze dodałabym masowe wykorzystywanie stockowych fotek, przez co jeśli na okładkach jest jakiś facio w kapturze, to na wszystkich z tym motywem jest ten sam facio.;)
    Ad 3. Tu akurat przykład UW jest dość kiepsko dobrany, bo Red. nacz. serii pisał kiedyś na forum, że „Wieki światła” to bardzo wczesna pozycja, przy której dopiero krystalizował się ostateczny wygląd serii. Więc później już oczywiście na coś się zdecydowali.;)
    Ad. 4 W sumie to chyba nawet nie jest najgorsze – w dobie smartfonów z netem można na upartego sobie na miejscu wyguglać, o czym książka jest. Gorzej, kiedy opis na okładce jest spoilerem (co się wcale nie tak rzadko zdarza) albo wprowadza czytelnika w błąd…
    A o przerwanych cyklach to bym mogła elaborat napisać. Może nawet kiedyś napiszę…

    Lubię to

    1. Ad. 1. Myślę, że wystarczyłoby wrzucić konkretną adnotację do ustawy albo normy odpowiadającej za kwestie związane z książkami. Niestety, skoro kierunek drukowania napisów na grzbietach jest ustalony, a każdy wydawca robi to po swojemu, chyba nie ma na co liczyć. Oczywiście zbiorcze wydania cykli, np. „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin czy inne tomiszcza o wadze, która pozwala zabić człowieka jednym uderzeniem, to całkiem inny przypadek. Ale jeśli już chodzi o książki zamieszczone na pierwszym zdjęciu – spokojnie mogłyby mieć taki sam format.
      Ad. 2. Tak to też prawda, ale jak zwykle jest to kwestia oszczędności. Żeby jeszcze były one porządnie obrobione (lepsi graficy potrafią tworzyć cuda w programach!), niestety zazwyczaj sprowadza się to do topornego i brzydkiego efektu.
      Ad. 3. UW był pierwszym obrazkiem z napisami w dwie strony, na który udało mi się trafić, bo zazwyczaj zdjęcia pokazywały grzbiety obrócone tylko w jedną stronę albo niewłaściwe położenie książek (okładką do dołu). Mimo wszystko wydaje mi się, że jeżeli postanowiono wydać serię o takiej samej szacie graficznej, dopilnowanie, żeby napisy były ustawione w ten sam sposób, nie było aż takim trudnym zadaniem ;)
      Ad. 4. Ja osobiście nie lubię grzebać w telefonie i czekać aż strony się załadują, bo do księgarni często zaglądam, czekając na autobus. A osoby, które nie mają smartfonów albo internet działa w nich tylko po podłączeniu do wifi, to wbrew pozorom nie taki rzadki widok. Mnie się po prostu wydaje, że kupienie książki bez opisu na okładce jest jak kupienie kota w worku – nie wiesz, co cię czeka po otwarciu ;)
      Z tymi spoilerami to ciekawa sprawa, bo zdarzało mi się trafiać na książki, w których akcja zapowiadana na okładce zaczynała się w połowie książki (jak najbardziej spoiler), ale z drugiej opis pierwszych wydarzeń byłby mało ciekawy albo zupełnie nie pokazywałby, o czym ta książka tak na dobrą sprawę jest.

      W sumie bez zmiany któregokolwiek z tych punktów można żyć, postanowiłam sobie tylko ponarzekać na to, co działa mi na nerwy, a można by było to z łatwością zmienić.

      Lubię to

      1. Ad. 1 Zbiorcze wydania jeszcze można by było określić jako wyjątek od ustawy ale co z taką „Drogą Królów” Sandersona? Wydawca wybrał największy miękkookładkowy format, jakim dysponował ( w twardej książka musiałaby kosztować ok. 80 zł, co było dla wydawcy nieopłacalne, bo kto by to kupił), osiągając jego maksymalna grubość. Przy drugim tomie maksymalnie zmniejszył tekst, interlinie i marginesy, żeby wcisnąć dłuższą książkę w jeden wolumin. Przy trzecim się poddał, bo okazał się jeszcze dłuższy i wyjdzie w dwóch tomach. Gdyby formaty były ustalane odgórnie dla przeciętnej gabarytowo ksiązki, już pierwszy tom mielibyśmy w trzech woluminach. Z „Księgami Jakubowymi” Tokarczuk byłoby to samo. I z „Mgłami Avalonu”…
        Poza tym mnie na przykład podoba się różnorodność – widać, która seria jest która bez wczytywania się w grzbiety.;)
        Ad. 2 Ale wiesz, profesjonalny grafik tego za darmo nie obrobi, a jak wydawca skąpi na dedykowaną ilustrację (które jakoś szczególnie drogie przecież nie są w porównaniu z kosztem ogólnym), to za obróbkę fotki też nie zapłaci. Ktoś w redakcji tym się zajmie w ramach etatu i gra gitara…
        Ad. 4 No ja o jakichś drobnych spoilerach nawet wspominać nie będę, ale zdarzyła mi się książka, której opis okładkowy jakby nigdy nic zdradzał główny plot twist powieści. Tak że ten…

        Lubię to

        1. Ad. 1. No to też obok „Ziemiomorza” zaznaczyłam, że książki o wadze pozwalającej na zabicie człowieka jednym uderzeniem, też należałoby potraktować inaczej. ;) Niemniej jednak wydaje mi się, że większość książek ma standardową grubość 350-450 stron i to właśnie do nich można by zastosować wspólny format. No ale co kto lubi ;)
          Ad. 2. Wiem, chodziło mi o to, że wykorzystanie stockowych zdjęć nie byłoby problemem, gdyby je wręczyć profesjonalnemu grafikowi, który by je porządnie obrobił. Niestety, ni c z tego ;)
          Ad. 4. O kurczę, to na taki kwiatek nie trafiłam. Pamiętasz tytuł?

          Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s