MÓJ CI ON (TAKI PIĘKNY)!, CZYLI KOBIECY KOMPLEKS NIŻSZOŚCI

twilight-pop-culture-sparkly-vampire(źródło)

Tytuł właściwie powinien brzmieć „Mój ci on (no chyba że nie wygląda jak potomek Adonisa i Afrodyty, a także nie jest lepszy ode mnie pod każdym względem, nawet jeśli to totalnie nie ma sensu, wtedy twój ci on)!, czyli kobiecy kompleks niższości”, ale przyznajcie – jest o kilka słów za długi.

Jakiś czas temu wspominałam, że nabawiłam się problemów zdrowotnych, co przełożyło się na ograniczenie spędzania czasu przed komputerem (no chyba że akurat musiałam pisać pracę inżynierską). Całe szczęście z pomocą przyszły książki, ale w związku z tym, że godzinami ślęczałam nad technologiami przewozów i innych takich, marzyłam o lekturze czegoś lekkiego i najlepiej zabawnego. No wiecie, żeby moim jedynym problemem była decyzja, czy czytać na siedząco z kubkiem herbaty w ręku, czy może jednak na leżąco z okazjonalnym pełzaniem w stronę napoju bogów.

Pewnie domyślacie się już, że często decydowałam się na pozycje z podgatunku Young Adult i ogólnie literatury typowo babskiej (nie lubię tego określenia, ale czasem jest wyjątkowo odpowiednie). Problem w tym, że oba te nurty coraz częściej zamieniają się w czysty paranormal romance, gdzie wątek romantyczny przesłania wszystkie inne (jeśli jakieś w ogóle się pojawiają). I nie byłoby w tym jeszcze nic strasznego, gdyby nie to, że romans między bohaterami też trzeba umieć napisać, a wbrew pozorom jest to nadzwyczaj trudna sztuka. Zbyt często dostajemy więc totalne gnioty, w których nastolatki (nawet jeśli bohaterkami są dorosłe kobiety, wciąż posiadają mentalność nastolatki) dostają ślinotoku na widok każdego umięśnionego faceta, a kiedy on odchodzi z wielce podniosłych powodów, zwijają się w pozycję embrionalną w środku lasu i jakoś tak szast-prast kilka miesięcy z życia znika. I, choć Zmierzch uważam za dość marny paranormal romance, to – cholera jasna – trafiają się gorsze.

Wiecie, jak to jest. Całkiem przeciętne dziewczę spotyka Mężczyznę Swojego Życia, zazwyczaj w wieku nastoletnim i zakochuje się od pierwszego wejrzenia, co drugą kartkę wychwalając jego intelekt, poczucie humoru i zaradność. Żartuję. Głównie chodzi o umięśnioną klatę. I niski głos. I jedwabiste włosy. I zapach, od którego miękną kolana. Taka prawdziwa, romantyczna miłość, z gatunku tych aż po grób (częściej jej niż jego, bo on już jest nieżywy półżywy nieumarły albo zwyczajnie długowieczny). Oczywiście do spotkania musi jakoś dojść, a że takie ciacha trudno przeoczyć, musi być przeprowadzka, dobrowolna lub też nie, która, jak się później okazuje, jest zrządzeniem losu, częścią przeznaczenia tudzież Wielkiego Boskiego Planu.

Nie lubię romansideł, znoszę je, co prawda, w wersji nadnaturalnej, ale jeśli już miałabym wybierać, to chciałabym przeczytać o tym, jak dziewczyna dla odmiany zakochuje się w normalnym chłopaku. Takim przeciętnego wzrostu z nijaką muskulaturą albo chociaż z zezem. W otoczeniu nadnaturalnym, oczywiście. Skoro dziewczyna nie prezentuje sobą nic nadzwyczajnego (co prawda często okazuje się, że zwyczajna jest tylko w swoich oczach, gdyż nieśmiałość i niska samoocena, to ponoć niezwykle kuszące atrybuty u płci pięknej), dlaczego facet zawsze musi wyglądać jak Adonis? I co on w niej, do jasnej anielki, widzi, żeby wiązać się po wsze czasy?

A wygląd to tylko jeden element układanki. Charakter i umiejętności pozwalające na przeżycie w świecie postapokaliptycznym, dystopijnym albo zwyczajnie jej niesprzyjającym, też często kuleją w przypadku bohaterek. Nie chodzi nawet o to, że dziewczęta sprowadzane są do roli damy w opałach, bo coraz częściej odchodzi się od tego schematu, tyle że całkiem nieudolnie. Możliwości są dwie: albo dziewczę udaje twardą, ale w środku trzęsie się jak osika i przy pierwszej lepszej okazji, gdy zaczyna się robić nieciekawie, wznosi ręce ku niebu i, z myślą o ukochanym, krzyczy „ratuj mię, najdroższy!”, albo – co gorsze – jest twarda i świetnie radzi sobie sama… do czasu aż poznaje Tego Jedynego i, no cóż, zamienia się w ciepłą kluchę z maślanym wzrokiem.

I w tym tkwi cały problem. Kobietom marzy się Książę na Białym Koniu, pisany takimi właśnie dużymi literami i tego rodzaju fantazje zbyt często przelewane są na papier bez przepuszczenia przez jakikolwiek filtr racjonalności. Nieważne, że główna bohaterka całe życie ćwiczyła sztuki walki albo używała magii, zanim jeszcze nauczyła się chodzić, facet zawsze musi być od niej lepszy pod każdym względem (tak, żeby mógł ją ratować, oczywiście, i żeby wszyscy jej zazdrościli). Ekstremalnym przypadkiem są tutaj dramy: choćby w Cinderella and the Four Knights główna bohaterka została przedstawiona jako nowoczesna wersja Kopciuszka z wyjątkowymi zdolnościami w zakresie sztuk walki. I dziwnym trafem jeden z „rycerzy” (który nigdy w życiu nie chodził na kurs samoobrony) bez problemu blokuje jej cios. Jasne, miał farta, ale dlaczego ona stała jak słup soli, zamiast wykorzystać lata treningu i pozwolić, by odruchy wzięły górę?

W przypadku fantasy Mężczyzna Jej Życia często jest przedstawicielem innej rasy, która – a to niespodzianka! – jest superpotężna, superrozwinięta i w ogóle ludzie sprawiają przy nich wrażenie nieokrzesanych małp lub robaczków pełzających w brudzie. Przyznaję, jest to dość problematyczne w przypadku walk główna bohaterka vs przedstawiciel innej rasy, no bo cóż ta biedna nastolatka, ten puch marny może zrobić ze swoim czarnym pasem? Ano chyba tylko się na nim powiesić. Całe szczęście, autorki tych lepszych dzieł nadają superpotężnym rasom jakieś wady, które bohaterka może wykorzystać. Innym razem dają jej wsparcie w postaci odmiennej niż Ten Jedyny. Jeszcze innym razem rozsądnie wyrównują skalę – i ona, i on są równie potężni (ale nie niepokonani!), choć pod innymi względami (np. ona jest wiedźmą, on wampirem).

To nie tak, że nie pojawiają się porządnie rozpisane wątki romantyczne. Te, które mi się podobają, zazwyczaj nie stanowią osi wydarzeń, bo ileż można wzdychać do tego całkiem idealnego wampira/anioła/nieśmiertelnego. W takim Angelfall czy cyklu o Wolsze Rednej (o którym wspominałam przy okazji wpisu o moich ulubionych cyklach książkowych) dwójka głównych bohaterów ratuje się wzajemnie, a ich relacje są oparte na partnerstwie. No i super, przecież nie można być we wszystkim idealnym i zawsze radzić sobie samemu. Dodatkowo tym, co uwielbiam we W. Rednej jest to, że – choć od samego początku wiadomo, że On i Ona skończą razem – bardzo długo byli po prostu przyjaciółmi, oszczędzono nam więc ciągłego wzdychania, a całość wydała się znacznie bardziej naturalna i znośna. W książce Mag niezależny Flossia Naren Kira Izmajłowa wykorzystała schemat po swojemu: sparowała dojrzałą kobietę z młodym niedoświadczonym strażnikiem, który uparcie starał się ją ratować, a ona uparcie wybijała mu te głupoty z głowy.

olga-gromyko-zawod-wiedzma-czesc-i122101252c1(źródło)

Pewnie, trafiają się również kobiece bohaterki, które świetnie radzą sobie bez faceta, ale wtedy najczęściej czytelnicy kręcą nosami, no bo przecież taka strrrraszna z niej Mary Sue. Wszystko sama zrobi! Słoik odkręci, oponę zmieni, smokowi proces wytoczy za próbę porwania, nielegalnego przetrzymywania i zniesławienie. Książę tymczasem siedzi na bezrobociu i obrasta w tłuszcz. Oczywiście nikt nie oczekuje, że ktoś przybędzie na ratunek mężczyźnie, który znalazł się w tarapatach, bo i po co? Wystarczy, że facet napręży muskuły i machnie mieczem, a potwory uciekają, gdzie pieprz rośnie. I nikt ani słowa nie powie, że to nieprawdopodobne. Ba! Niechby tylko jakaś baba spróbowała ratować Męskiego Mężczyznę. No chyba że chodzi o opatrzenie ran, które zdobył dzielnie walcząc w obronie czci niewieściej, choć wszyscy i tak wiedzą, że ta zboczona baba chce sobie co nieco obmacać, gdyż Prawdziwie Męskiemu Mężczyźnie po prostu nie można się oprzeć.

Jak to się stało, że kobiety same robią sobie krzywdę, sprowadzając dziewczęta do tak nędznych, bezradnych postaci? Zrobienie z nich kogoś wyjątkowego, kto przychodzi na świat raz na tysiąc lat i posiada legendarną moc, z której nie ma pożytku aż do ostatniej chwili, więc trzeba je niańczyć, to zła droga, którą poszło już wystarczająco wielu pisarzy/pisarek. Mamy XXI wiek, nawet Disney zrozumiał, że ludzie mają dość, a nieogarnięte księżniczki należy zostawić w latach pięćdziesiątych.

Skąd w kobietach zatem przekonanie, że mężczyzna musi być lepszy pod każdym względem? Czy chodzi o zaspokojenie własnej próżności, o możliwość zadzierania nosa przed koleżankami, czy może o uciszenie kompleksów? Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak można uzależniać własną wartość i samoocenę od drugiej osoby. Czy nie lepiej stać się człowiekiem, który jest coś wart i być tego świadomym? Poczucie bezpieczeństwa i szukanie w kimś oparcia jest ważne, ale powinno działać w obie strony. Maślany wzrok i szczenięce oddanie to trochę za mało, jeśli fantazjuje się, o tym, że Ten Jedyny gotowy jest rzucić się w ogień, byle tylko uratować swoją One True Love.

Paranormal romance jest szkodliwy. Jego głównym targetem są nastolatki z burzą hormonów, które później mają nierealistyczne oczekiwania i postawę roszczeniową względem mężczyzn, co troszkę przerzuca się na kompleksy (choćby z tego względu, że nie każda może trafić na ciacho, które czciłoby ją jak boginię). A potem z tych nastolatek wyrastają kobiety rozczarowane życiem i piszą romansidła, w których Idealnego Mężczyznę można spotkać na każdym rogu, a każdy z nich szybko zakochuje się w niej po uszy. Tym sposobem kolejne pokolenie rośnie na kiepskich romansach i cykl zatacza koło. Niestety patrząc na to, co dzieje się na świecie, mam wrażenie, że nastolatkom trudno znaleźć kogoś, kto mógłby im posłużyć za inspirację. No bo kto? Aktorki, które grają w adaptacjach tych właśnie tanich romansideł? A może prawie nagie piosenkarki, które śpiewają o tym, jakie to są niewyżyte seksualnie? Co zostanie młodym dziewczynom, jeśli i książki zejdą na psy?

PS Wpis jest w dużej mierze uogólniony. Jak wspomniałam, nie każdy romans jest zły i nie każdą celebrytkę przydałoby się spalić na stosie, mimo wszystko jest to niepokojąca tendencja.

Zapisz

Reklamy

2 uwagi do wpisu “MÓJ CI ON (TAKI PIĘKNY)!, CZYLI KOBIECY KOMPLEKS NIŻSZOŚCI

  1. B.

    Rozpoczynasz rok naprawdę dobrym wpisem. W zasadzie to nie pozostawiasz zbyt wiele miejsca na ewentualną dyskusję, bo z faktami trudno dyskutować, a szukając przyczyn dlaczego jest tak, a nie inaczej, wymieniłaś chyba wszystkie możliwości.

    Mnie się wydaje, że bardzo dużo zależy od tego kiedy i z jakimi książkami zaczęło się przygodę, ogólnie rzecz ujmując – od „czytelniczego stażu”. Tłumaczę to sobie tak, że przeciętny człowiek, który książki czyta rzadko lub niemal w ogóle, jeśli już sięga po jakiś tytuł to wolałby poczytać o przygodach człowieka podobnego do siebie – przeciętnego i niczym nie wyróżniającego się – który znajduje się w nietypowych sytuacjach. Tak, żeby w trakcie lektury mógł powiedzieć: hej, on jest niemal taki jak ja, może mnie też się kiedyś przytrafi coś tak niezwykłego? Z kolei gdy ktoś przeczyta dwie, trzy lub więcej takich książek, >>powinien<< zdać sobie w pewnym momencie sprawę, że niewiele się one od siebie różnią, może więc czas poszukać czegoś nowego. W literaturze "przeciętność" jest być może domeną płci słab… ehm, pięknej, ale w przypadku takiego anime można zauważyć odwrotną tendencję – tam, w zależności od gatunku anime, główny bohater – kompletnie zwyczajny zarówno pod względem tężyzny fizycznej, wyglądu jak i inteligencji – może być otoczony grupą pięknych rówieśniczek, z których każda wyróżnia się ponadprzeciętnością w jakiejś dziedzinie życia.

    Lubię to

    1. Bardzo dziękuję, cieszę się, że ci się podoba! :)
      W sumie przyczyna może być jeszcze jedna – pójście na łatwiznę. No bo po co robić sensowny research na temat przetrwania i innych takich, jeśli można napisać coś w stylu „sama nie dałabym sobie rady, dobrze, że On się na tym zna i robi wszystko za mnie”.
      No właśnie, czasem mam tak, że biorę się za czytanie/oglądanie czegoś, o czym nasłuchałam się samych dobrych rzeczy i nagle okazuje się, że jest to boleśnie wtórne i schematyczne, a ktoś albo ma mały kontakt z tym gatunkiem, albo wtórność mu po prostu nie przeszkadza.
      Aaach, haremy xD Hm, masz rację. To też ciekawa kwestia, którą można uzasadnić kobiecymi kompleksami. No bo zobacz – facetowi najlepiej pasuje całkiem przeciętny bohater, taki jak on sam, żeby łatwo było się identyfikować. Wystarczy, że bohaterki polubią bohatera pomimo jego przeciętności (a może właśnie ze względu na nią) – chodzi o akceptację tego, jakim się jest. W przypadku dziewczyn – bohaterki zawsze muszą okazać się ponadprzeciętne, tak, jakby to, jakie są naprawdę, czyli całkiem normalne, nie wystarczyło, żeby faceci ją lubili.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s