MIĘDZY CENĄ A JAKOŚCIĄ

books_apple_free_photo
(źrodło)

Ilu z was czytało by dalej gdy by wpisY na co dzień wygladały t,ak?

Jakiś czas temu Gosiarella napisała post o plusach i minusach pożyczania książek, w którym słusznie zauważyła, że w Polsce taniej wychodzi być alkoholikiem niż książkoholikiem. Przyznam szczerze, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale jest to naprawdę smutna rzeczywistość. Ceny książek, podobnie zresztą jak wszystkich artykułów, rosną z roku na rok i pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie rosły tak szybko, a jakość ich wydań nie spadała na łeb na szyję (przynajmniej w niektórych wydawnictwach).

Najpopularniejsze obecnie ceny książek oscylują w granicach czterdziestu złotych. Tylko że nie są to opasłe tomiska, a książki składające się ze zwyczajowych trzystu, może trzystu pięćdziesięciu stron, które – przynajmniej w moim odczuciu – do najgrubszych nie należą. Wiecie, wychodzę z założenia, że jeśli książkę da się s p o k o j n i e przeczytać w ciągu jednego dnia, to jest ona cienka. Jeszcze kilka lat temu powieści tej grubości kosztowały zazwyczaj jakieś dziesięć złotych mniej (oczywiście, wszystko drożeje, koszty wydania książek również rosną, tyle że de facto sporą ich część sprzedaje się po promocyjnych cenach i wciąż jest to opłacalne dla wydawcy).

Jasne, księgarnie prześcigają się w wymyślaniu nowych promocji: -20%-30% na wybrane książki albo konkretny gatunek czy Empikowe 3 za 2 to właściwie norma. Nie wspomnę już o księgarniach internetowych, gdzie promocje potrafią sięgać ot tak -40% (w przypadku outletu nawet -90%). Problem w tym, że trzeba doliczyć koszty wysyłki, więc mało kiedy opłaca się kupować pojedyncze egzemplarze. Choć nawet to można już obejść, jeśli nie przeszkadza nam pofatygowanie się do punktu odbioru. Oczywiście tego rodzaju okazje dotyczą zazwyczaj książek, które już od jakiegoś czasu znajdują się na rynku. Niestety to w kwestii nowości ręce świerzbią najmocniej, a niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nie kupił kolejnego tomu ulubionej serii w dniu premiery za cenę okładkową, byle tylko już móc dowiedzieć się, co wydarzyło się dalej. Czasem mam wrażenie, że ceny specjalnie zostały tak podbite, żeby sklepy mogły kusić promocjami. W końcu krzykliwe hasła i gratisy przyciągają ludzką uwagę lepiej niż magnes.

Problem w tym, że płacąc te czterdzieści złotych za niezbyt grubą książkę, chciałabym dostać coś, co zostało dobrze przygotowane. Dlatego trudno mi nie zgrzytać zębami, kiedy pierwsze lepsze fanfiki napisane są staranniej. No bo jak to tak, żeby w co piątym zdaniu brakowało przecinka, niektóre słowa były niepoprawnie przetłumaczone (najpopularniejsze jest chyba tłumaczenie shit! jako gówno!, a nie cholera! albo mylenie słów – np. misery to nieszczęście albo niedola, a nie mizeria, bo w języku polskim mizeria to dodatek do obiadu), co poniektórych zdań nie dało się zrozumieć, mylone były osoby, imiona lub ich płeć, a jako wisienkę na torcie zaserwowano nam t,o albo byłaM (serio, czegoś takiego nie sposób przegapić).

open_book_free_photo(źródło)

Język polski jest trudny – to wiadomo nie od dziś. W dodatku pośpiech robi swoje, a ludzie są tylko ludźmi i nie wyłapią wszystkich błędów, ale nie od parady nad poprawnością tekstu pracują (albo powinny pracować) trzy osoby – autor (względnie tłumacz), redaktor i korektor. Jest jedno takie wydawnictwo na polskim rynku (nazwy nie podam; jak ktoś czyta ich książki, to na pewno zauważył), które wydaje świetne książki, ale nie zatrudnia korektora, czego skutki wymieniłam w poprzednim akapicie.

Z językami nigdy większego problemu nie miałam, czy to obcymi, czy ojczystym, ale ich znajomość nigdy nie była dogłębna, co przede wszystkim przejawia się tym, że przecinki wstawiam nie tam, gdzie trzeba, ale podstawowe zasady znam i się do nich stosuję (w ostatecznym rozrachunku chyba nie jest tak źle). Mimo wszystko bez problemu wyłapuję większość błędów w książkach, dlatego trudno mi uwierzyć, że trójka profesjonalistów nie jest w stanie sobie z tym poradzić. Zwłaszcza kiedy są to błędy, których nie da się nie zauważyć (znów – t,o czy byłaM). No więc co się dzieje? Mamy do czynienia z niekompetentnymi osobami czy totalnym naciąganiem czytelników?

Tak, moi drodzy, czuję się oszukana. Jak wtedy, gdy płacę dużo pieniążków, a po produkcie, który do mnie dociera, już na pierwszy rzut oka widać, że jest wadliwy i muszę przejść przez całą procedurę reklamacyjną, tracąc czas i nerwy. No bo czym jest książka tak niestarannie zredagowana, jeśli nie wadliwym produktem? Tylko że produkt zostanie wymieniony na nowy, a książki wszystkie wydrukowano z takimi samymi błędami. Podejrzewam, że całkiem sporej liczbie osób w zupełności to nie przeszkadza i cieszą się, że wreszcie dostały w swoje łapki książkę, na którą czekały od dawna, ale mnie boli świadomość, że jedynym sposobem na przeczytanie fantastycznej powieści jest przebrnięcie przez te wszystkie błędy. W końcu nie sposób znać wszystkie języki świata, żeby zawsze czytać w oryginale. Wydawnictwa powinny pamiętać, że na książkę składa się coś więcej niż samo tłumaczenie. Tyle że choć szkaradna okładka nie cieszy, można ją przeboleć, bo nie wpływa znacząco na treść.

books_reading_glass_free_photo(źródło)

Wracając do pytania, które pojawiło się na początku wpisu:

Ilu z was czytało by dalej gdy by wpisY na co dzień wygladały t,ak?

Pewnie niewielu. A wpisy dostajecie za darmo i jeśli się wam nie podobają, możecie przestać czytać. Za książkę niestety trzeba zapłacić i to dość dużo jak na nasze realia. Pieniędzy nikt nam nie zwróci, bo błędy w tekście raczej nie podlegają reklamacji. Naprawdę cieszę się na wiadomość, że zostanie wydana fantastyczna książka, ale gdy tylko widzę nazwę tego konkretnego wydawnictwa boli mnie, że znów zostanie potraktowana po macoszemu, a ja będę zgrzytała zębami podczas czytania, bo inna oficyna nie zdecyduje się na cykl, który wcześniej pojawił się na rynku z logiem rywala. I najgorsze jest to, że nieraz zwracano wydawnictwu uwagę na błędy, ale nic się w tej kwestii nie zmienia. Jasne, zatrudnienie korektora wiąże się z dodatkowymi kosztami, ale pora zdecydować, czy robimy coś porządnie czy nie. Bo jeśli nie, to może lepiej zostawić to komuś, kto się do tego przyłoży?

No, ponarzekałam sobie.

Zapisz

Reklamy

8 uwag do wpisu “MIĘDZY CENĄ A JAKOŚCIĄ

  1. B.

    Nie mam zamiaru nikogo usprawiedliwiać, bo o ile sam po książki sięgam rzadko i jeśli już, to specjalistyczne, ale jak na przestrzeni ostatnich lat prezentują się wyniki sprzedaży najpopularniejszych polskich wydawnictw? Pewnie trudno o konkretne liczby, ale czy czytanie wśród Polaków generalnie cieszy się taką samą popularnością jak 5 czy 10 lat temu? Bo jeśli mamy do czynienia z tendencją spadkową, to nie jest to aż takie dziwne, że wydawnictwa tną koszty wszędzie tam, gdzie mogą – zaczynając od zwiększenia cen książek a na pracownikach kończąc. Być może pewni wydawcy są na etapie sprawdzania na ile mogą sobie pozwolić aby nie wkurzyć czytelników i w tym przypadku „gównoburza”, o której wspomniała Moreni, faktycznie by poskutkowała.

    O innym problemie też już wspomniano, a mianowicie: prawa wydawnicze do konkretnego, zagranicznego tytułu otrzymuje (chyba?) tylko jedno wydawnictwo. Jak już więc wyłożą kasę na jakąś popularną pozycję, to jasne, że muszą sobie to jakoś odkuć – niestety kosztem czytelników.

    Kolejne pytanie: czy wszystkie wydawnictwa oferują wydawane przeze nie pozycje w wersji elektronicznej? I jeśli tak, to w jakich cenach? Wpisałem kilka haseł w Google typu „e-book + nazwa wydawnictwa”, „tanie e-booki” i mówiąc szczerze mam nadzieję, że to jakieś nieporozumienie, bo wyskoczyło mi kilka sklepów gdzie książki w ich e-wersjach można kupić za niewiele mniej niż ich papierowe wydania. Poważnie? A już chciałem pisać o zaletach e-booków, które można kupić za ułamek ceny wydań papierowych. Wydajesz sie być osobą, która preferuje zapach papieru nad świecącycm ekranem, mimo to sugerowałbym w przypadku tytułów „niepewnych” najpierw pobranie e-książki, a następnie – jeśli okaże się, że jest on o odpowiedniej jakości – polować na wydanie papierowe.

    Ale znowu, jaki w tym sens jeśli e-book kosztuje pięć czy dziesięć złotych mniej od normalnej książki?

    Lubię to

    1. Według przeprowadzanych badań dotyczących czytelnictwa w Polsce z roku na rok jest coraz gorzej. Podobno mało kto czyta, a jeśli już to od święta. A ja mam wrażenie, że te badania albo przeprowadza się na tych samych osobach, albo w ogóle na zbyt mało zróżnicowanej grupie. Wszyscy moi znajomi czytają, jedni mniej, inni więcej, ale jednak czytają. W bibliotekach zawsze książki, które chcę przeczytać, ktoś zabiera mi sprzed nosa, w księgarniach zawsze kręcą się ludzie, a w autobusie zawsze ktoś siedzi z nosem w książce. Jasne, nie każdy, kto wejdzie do księgarni, kupi książkę, ale mnóstwo osób korzysta z księgarni internetowych, gdzie książki są sporo tańsze, a w autobusie czytają 3 osoby na 40 pasażerów, ale nie każdy ma miejsce siedzące albo wystarczająco długą podróż, żeby opłacało się czytać.

      Jeśli chodzi o cięcie kosztów, jest to jak najbardziej zrozumiałe, tylko ciekawe, czemu jednemu wydawnictwu opłaca się zatrudniać korektorów, a innemu nie, jeśli oba opierają się na sprzedaży książek fantastycznych? Rozumiem, że jedno ma dłuższy staż, więc pewnie baza klientów i renoma jest większa, może też chodzi o wybór tytułów i ilość sprzedanych egzemplarzy, No ale jednak w przypadku braku korektora, ktoś i tak powinien przejrzeć tekst przed wysłaniem go do druku i wyeliminować choćby te najbardziej oczywiste błędy, które wymieniłam w poście.

      Ceny książek mocno skoczyły do góry, ale zazwyczaj sprzedaje się je znacznie taniej w księgarniach internetowych (ostatnio kupowałam nowe książki 15 zł taniej), dlatego też – jak wspomniałam w poście – mam wrażenie, że specjalnie zostały tak bardzo podniesione, żeby potem móc machać przed oczami klientów zniżkami i promocjami.

      Owszem, problem w tym, że mało kto zdecyduje się taką „gównoburzę” wywołać, bo wydawnictwo może zwinąć manatki albo zrezygnować z wydawania serii w połowie (bo tną koszty) i czytelnicy będą musieli obejść się smakiem. Dopóki wydawnictwu nie wygasną prawa do danego tytułu, inne oficyny mają związane ręce, a i rzadko decydują się wydać od nowa coś, co już na rynku było, bo to zmniejsza potencjalną sprzedaż.

      Nie wszystkie wydawnictwa oferują e-booki, a nawet jeśli, różnica w cenie jest naprawdę niewielka. Ba! Promocje często dotyczą wydań papierowych, więc zdarza się, że e-booki są droższe. Czasy, kiedy e-booki można było kupić za połowę (lub mniej) ceny książki dawno minęły, a płacić podwójnie nie ma sensu. Teoretycznie można by pobrać wersję piracką, ale to również jest bez sensu, bo nie wiadomo jak zostanie wydana wersja oficjalna. I tak, wolę książki papierowe, ale nie posiadam czytnika e-booków, który podobno znacznie zwiększa komfort czytania. :)

      Lubię to

  2. Pewną naiwnością jest wiara że redakcją, korektą i tłumaczeniami zajmują się osoby z wysokimi naukowymi tytułami. Często owszem, tytuły mają, ale w zupełnie innej dziedzinie (na przykład co najmniej dwóch tłumaczy przekładających m.in. fantastykę ma tytuł doktorski, ale… nauk biologicznych. I, wbrew pozorom, są to całkiem solidni tłumacze). Częściej są to studenci, którzy zrobią przekład po taniości. W którym to przekładzie roi się od różnych kwiatków, z dosłownym przekładem idiomów czy zachowaniem obcojęzycznej gramatyki włącznie. I potem dostaje to redaktor, często nawet i dobry, i ma dwa wyjścia: albo za redaktorską stawkę zrobić i nowy przekład, i jego redakcję (bo otrzymany do niczego się nie nadaje), albo przypudrować co jest, wziąć wypłatę i się nie przejmować. Nawet im się nie dziwię, że wybierają to drugie, kto by chciał robić dwa etaty za jedną pensję.
    Było nawet jedno takie wydawnictwo (nazwę przemilczę, zresztą już nie istnieje), które dawało kilkunastu studentom p rozdziale powieści „na próbę” (bezpłatną oczywiście), po czym te darmowe przekłady dostawał redaktor i miał je złożyć w trzymającą się kupy całość…
    A prawda jest taka, że dopóki rozsierdzeni czytelnicy nie urządzą jakiegoś wirtualnego masowego szturmu na niekompetentne wydawnictwa, to sytuacja się nie poprawi. Bo kupują – znaczy jest git, po co zmieniać czy poprawiać?

    Lubię to

    1. Jeśli ktoś zna język na odpowiednim poziomie, to niepotrzebny jest mu żaden stopień naukowy. Poza tym do poprawiania błędów tak oczywistych jak „byłaM”, czy wstawiania przecinka przed „ale” też większych uprawnień nie potrzeba. Akurat za część błędów wymienionych powyżej odpowiada polska pisarka (w tym wypadku pełniąca rolę tłumacza), tyle że poprawianie błędów nie leży w kwestii tłumacza, a korektora. Czy redaktora, jeśli się korektora nie zatrudnia. Mnie bardziej chodzi o to, że niepoprawienie błędów pokroju „t,o” jest zwykłym olewactwem, podobnie niezwrócenie tłumaczowi uwagi, że nie do końca wiadomo, o co chodzi w konkretnym zdaniu.

      Z tymi studentami trochę mnie zdziwiłaś, bo że obowiązuje to w przypadku tekstów reklamowych, wiedziałam od dawna, ale książki? Widać, świat jeszcze nieraz mnie zaskoczy. Odnośnie twojego przykładu – wydaje mi się, że w takim przypadku powinna istnieć możliwość odroczonych płatności. Tzn. redaktor dostaje jakiś czas na sprawdzenie tłumaczenia i płacimy tylko tym, którzy przetłumaczyli dobrze. Reszta nie powinna dostać wypłaty albo jakąś jej niewielką część, skoro nie wypełniła warunków umowy (chodziło w końcu o DOBRE tłumaczenie, a nie byle jakie). Przecież fotografowi też nie zapłacimy, jeśli zdjęcia będą rozmazane, no nie?

      O, widzisz, tu masz absolutną rację. Dopóki czytelnicy będą płacić, to nic się nie zmieni, nawet jeśli urządzą wirtualny szturm na niekompetentne wydawnictwa. A w przypadku próby szturmu jeszcze można oberwać od innych czytelników, którym te błędy nie przeszkadzają.

      Lubię to

      1. Ogólnie jeśli chodzi o korektę, to mam wrażenie, że w niektórych przypadkach kończy się ona na przepuszczeniu tekstu przez autokorektę Worda. Co szczególnie widać w wydawnictwach typu vanity (choć miałam jedną książkę wydaną przez duże i szanowane wydawnictwo, w której gdzieś tak od połowy interpunkcja kulała do tego stopnia, że brak było oznakowania dialogów). No ale im właściwie nie zależy na sprzedaży, nie z tego żyją.

        Cóż, dla wydawców (nie wszystkich i nie przy wszystkich tytułach, ale jednak dość często) dobre tłumaczenie to tłumaczenie wykonane tanio i terminowo. Tyle. I niektóre nawet uwzględniają, kiedy redaktor przekład odrzuca. Ale częściej redaktor usłyszy, że terminy gonią i nie ma czasu na drugi przekład, a w ogóle jak on sobie nie radzi, to poszukają kogoś innego. Ina tym się kończą możliwości negocjacji.

        Ja tam twierdzę, że dobrze rozpętana gównoburza może sporo zdziałać (w końcu skąd masz wiedzieć, jaki poziom edytorski przedstawia książka zanim ją kupisz? No przecież z internetów).;) Ale prawda jest taka, że dopóki mamy rynek nastawiony na klienta kupującego okazjonalnie coś komuś na prezent, to nic się nie zmieni. Bo takiemu jest wszystko jedno, on i tak raczej tej ksiązki nie będzie czytał.

        Lubię to

        1. To by się zgadzało, choć czasem i Wordowskich poprawek nie uwzględniają (znowu – „byłaM” raczej by podkreśliło…). Muszę powiedzieć, że w książkach większości wydawnictw korekta stoi na przyzwoitym poziomie – trafi się kilka literówek i kilka przecinków nie tam, gdzie trzeba, ale to by było na tyle. W przypadku wydawnictwa, o którym pisałam powyżej, błędów są dziesiątki, jeśli nie setki. Za to w innych coraz częściej widzę zapis dialogów:
          „- Toż to skandal! powiedziała, patrząc na błędy w tekście.”
          I przyznam szczerzę, że trafiając na to w którejś książce z kolei (pozbawionej innych błędów), zaczęłam się zastanawiać, czy taki zapis nie stał się poprawny.

          Niestety, tak się kończy ludzka pogoń za pieniądzem (w tym przypadku chodzi o wydawnictwa): dostajemy coraz mniej dopracowane produkty za nieprzyzwoicie wysoką cenę. A pracownika się straszy, że jak nie daje rady wykonywać obowiązków, które tak naprawdę powinny wykonywać 2-3 osoby, to na jego miejsce znajdzie się chętny i to jeszcze za niższą stawkę. Smutne czasy nastały…

          Masz, oczywiście, rację. Ale wydaje mi się, że takie afery oprócz chwilowego rozgłosu nic nie dają (przynajmniej większość z nich). Dość szybko okazuje się, że popyt aż tak bardzo nie spadł, a jak nie spadł, to po co sobie głowę zawracać jakimiś zmianami? ;)

          Lubię to

          1. Bo w sumie czytelnik nie ma wyboru. W przypadku parówek czy gazowanego napoju zawsze możesz wybrać innego producenta, jeśli jeden ma kiepską jakość produktów. W przypadku książek, jeśli chcesz przeczytać, powiedzmy, „Marsjanina”, ale jest kiepsko wydany, to nie pójdziesz przecież kupić Jane Austen… Można tylko albo czytać w oryginale, albo piracić (albo nie czytać, ale to trochę nie o to chodzi).

            Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s