MARVEL, MAGIA I CUMBERBATCH – RECENZJA DOKTORA STRANGE’A

(źródło)

Uwielbiam wszelkie produkcje o magii, więc bardzo ucieszyłam się na wieść o ekranizacji Doktora Strange’a, gdzie kosmici i zaawansowana technologia dla odmiany grają drugie skrzypce. Radości nie było końca, gdy główną rolę zgarnął Benedict Cumberbatch i nieco później, gdy ujawniono pierwsze oficjalne zdjęcie jego postaci.

Jak na pierwszy film z cyklu przystało, dostajemy dość klasyczny origin story, w którym obserwujemy narodziny superbohatera. Podobnie jak w Iron Manie, główny bohater jest ambitnym, zadzierającym nosa geniuszem, odnoszącym same sukcesy na polu zawodowym i same porażki w życiu prywatnym. Poważny wypadek samochodowy zostawia go z trzęsącymi się rękami, których nie potrafi wyleczyć nawet seria skomplikowanych, czasem eksperymentalnych operacji. Dla chirurga oznacza to koniec kariery. Zdesperowany Strange, wiedziony ostatnim tropem, który mu pozostał, ląduje w tajemniczym miejscu zwanym Kamar-Taj, gdzie zaczyna pobierać mistyczne nauki od Przedwiecznej (Tilda Swinton).

Efekty specjalne są spektakularne, humor znajduje się na wysokim poziomie (całe szczęście Marvel póki co nie powtórzył porażki z Avengers: Czas Ultrona), a love interest głównego bohatera, choć nie pojawia się zbyt często, służy do czegoś innego niż pełnienia roli damy w opałach; wręcz przeciwnie – to ona przychodzi z pomocą Strange’owi. Wielokrotnie.

Muszę przyznać, że początek filmu jest fantastyczny. Świetnie pokazuje nam, jaką osobą jest Stephen Strange, ile znaczy dla niego praca i jak bardzo zdesperowany jest, by odzyskać swoje dawne życie. Niestety, by dobrze to pokazać, trzeba było poświęcić sporo czasu ekranowego, co skończyło się tym, że reszta fabuły pędzi w zastraszającym tempie. Co prawda nie pozwala nam się to nudzić nawet przez króciutką chwilę, szczególnie że gdy akcja zwalnia zazwyczaj mamy do czynienia ze wstawkami humorystycznymi, ale jednak brakuje czasu na wyjaśnienie kilku istotnych kwestii i lepsze poznanie bohaterów pobocznych. Tak naprawdę nie wiemy, ile czasu Strange spędził w Kamar-Taj (prawdopodobnie całkiem sporo), ale ma się wrażenie, jakby został mistrzem zaledwie w ciągu króciutkiej chwili. Zabrakło mi również motywacji przyświecającym działaniom Przedwiecznej i Kaeciliusa. Obie te postaci – choć niezwykle złożone i ważne dla rozwoju wydarzeń – wydają się znośne wyłącznie ze względu na charyzmę aktorów – Tildy Swinton i Madsa Mikkelsena.

(źródło)

Twórcy zbytnio skupili się na postaci Strange’a, co doprowadziło do tego, że mistrzowie o dłuższym stażu – Mordo (Chiwetel Ejiofor) i Wong (Benedict Wong) – paradoksalnie skończyli jako zbędni pomocnicy. Równocześnie wspomniany brak czasu nie wystarczył, by sensownie przedstawić przemianę wewnętrzną Strange’a. W ciągu jednego dnia (właściwie jednej chwili) przeszedł z „jestem tu po to, żeby wyleczyć ręce, a nie ratować świat” do „co to ja mówiłem? A, tak, muszę uratować świat!”.

Muszę przyznać, że w moim odczuciu wszystkie wady stają się nieistotne w obliczu ostatecznej walki. Początkujący czarodziej pokroju Strange’a nie byłby w stanie pokonać wszechpotężnego Dormammu, gdyby nie spryt. Niezmiernie się cieszę z tego, że scenarzyści zamiast skopiować schemat, w którym główny bohater wygrywa dzięki łutowi szczęścia albo w ostatniej chwili jest ratowany przez kogoś innego, postawili na inteligencję, spryt i zaledwie odrobinę farta. Film wspaniale pokazuje, że zwycięstwo nie zawsze musi być jednoznaczne z fanfarami w tle, czasem wystarczy umiejętnie wykorzystać porażkę (i kolejną, i jeszcze następną).

Doktor Strange to film z zapierającymi dech w piersi efektami specjalnymi i wspaniałym humorem, a także gwiazdorską obsadą i charyzmatycznym głównym bohaterem. Wydaje mi się, że dodanie kilku-kilkunastu scen wyjaśniających kwestie, które pominięto, wpłynęłoby pozytywnie na całość, no ale nie można mieć wszystkiego. Jak na origin story jest bardzo dobrze, już nie mogę się doczekać drugiej części.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklamy

4 uwagi do wpisu “MARVEL, MAGIA I CUMBERBATCH – RECENZJA DOKTORA STRANGE’A

  1. B.

    Nie nazwałbym się fanem filmów o superbohaterach pomimo tego, że widziałem ich zdecydowaną większość. Dr Strange plausuje się całkiem wysoko w rankingu tego typu produkcji, a w porównaniu z kilkoma ostatnimi tytułami (BvS, Suicide Squad) jest wręcz wyśmienity.

    >Zabrakło mi również motywacji przyświecającym działaniom Przedwiecznej i Kaeciliusa.
    Nie do końca rozumiem, co dla ciebie było niejasne w ich działaniach?

    Lubię to

    1. To dlatego, że między filmami od DC (BvS, Suicide Squad) a filmami od Marvela (Doktor Strange, Avengersi) jest jakościowa przepaść. Mam wrażenie, że ludzie z DC próbują powtórzyć sukces Marvela, nie zastanawiając się nad tym, jak to u nich działa, tylko próbując bezmyślnie skopiować pewne pomysły, dlatego porównywanie ich na dłuższą metę jest kiepskim pomysłem.
      Pierwszy film, wprowadzający w historię superbohatera, zawsze nosi znamiona origin story, a to naprawdę trudno jest przedstawić oryginalnie, mając do dyspozycji 120 minut – właściwie jedyny mój zarzut w kwestii filmu. ;)

      Nie chciałam za bardzo spoilerować w recenzji, więc nie wchodziłam w szczegóły.
      UWAGA, SPOILER!
      Jeśli chodzi o Przedwieczną (dobrego słowa używam? bo tak jest na Filmwebie przetłumaczone „The Ancient One”, a nie pamiętam, jak to było w oficjalnych napisach), chodzi mi o to, że właściwie nie zostaje wyjaśnione, dlaczego czerpała moc od Dormammu. Rzuca bodajże takim ogólnikowym, nic nie znaczącym tekstem „tak trzeba” czy „nie było innego wyjścia”, ale nie pojawia się ani słowo wyjaśnienia, co zamienia ją w straszną hipokrytkę. Podejrzewam, że miało to napędzać dalsze poczynania Mordo, ale mimo wszystko przydałoby się chociaż jedno, konkretne zdanie, choćby podczas rozmowy ze Strange’em w szpitalu.

      Jeśli chodzi o Kaeciliusa, to po namyśle stwierdzam, że właściwie jego motywy są lepiej przedstawione. Odkrył hipokryzję Przedwiecznej i stwierdził, że skoro nic strasznego jej się nie dzieje, to i im nic się nie stanie. Ale czy Mordo nie powiedział, że oni wszyscy trafili do Kamar-Taj, bo mają za sobą jakieś straszne przejścia? Trochę brakuje mi jakiejś takiej prywatnej motywacji, która napędzała poczynania Kaeciliusa. Choć, przyznaję, to już zwykłe czepialstwo z mojej strony. Gość mógł po prostu pragnąć władzy ;)

      Lubię to

  2. Zgadzam się z recenzją, chociaż ja chyba jestem bardziej marudna w kwestii tego filmu. Cały czas zastanawiam się, dlaczego mnie nie porwał? Może to właśnie osobowość Strenge’a, która jest za bardzo starkowa? A może po prostu odzwyczaiłam się od origin stories w wykonaniu Marvela. Czekam na drugą część.

    Lubię to

    1. Jak mam być całkiem szczera, to od jakiegoś czasu filmy Marvela traktuję jako takie widowiskowe filmy, których treść bardzo szybko mi umyka. Tak samo było z Deadpoolem i Antmanem. I właściwie wszystkim, co było wcześniej. Za nic w świecie nie jestem w stanie powiedzieć, co było w której części Iron Mana, za wyjątkiem jakiś pierdół, np. w 1 części porwanie, w drugiej Rourke z biczami, a w trzeciej armia Iron Manów. To jest WSZYSTKO, co z nich pamiętam.
      Właściwie nie dotyczy to tylko filmów Marvela, ale ogólnie modnych ostatnio widowisk, np. Transformersów rozpoznaję po tym, czy jest w nich Megan Fox, czy już nie xD
      Mam wrażenie, że te filmy robione są z zamiarem dostarczenia takiej właśnie chwilowej rozrywki, a to cholernie przykre, biorąc pod uwagę, ile pieniędzy to wszystko kosztuje…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s