NIE LICZ NA ZMIANY, CZYLI STATUS QUO W SERIALACH

(źródło)

Seriale na dobre rozgościły się na naszych ekranach, pora więc ponarzekać na to, że ostatnie sezony zostawiły nas z zapierającymi dech w piersiach cliffhangerami, które obiecywały ogromne zmiany w uniwersach, a wyszło… no właśnie, jak zwykle.

Uwaga, spoilery z The Flash, Supernatural i Blacklist!

Najbardziej rzuca się to w oczy w przypadku powrotu The Flash. Barry cofnął się w czasie i uratował swoją matkę, czym zmienił mniej więcej ostatnie szesnaście lat. Oczywiście ta jedna drobna poprawka wywołała efekt motyla w życiu jego i bliskich mu osób, a samo wydarzenie doczekało się nawet zarąbistej nazwy – Flashpoint. Niestety trwało to dosłownie jeden odcinek. Dobrze przeczytaliście – to, na czym opierała się cała akcja promocyjna nowego sezonu, trwało JEDEN odcinek. Tyle wystarczyło Barry’emu, by zorientować się, że popełnił błąd (co tam, że przekonywał się o tym dosłownie ZA KAŻDYM RAZEM, gdy majstrował przy czasoprzestrzeni) i wrócić do tego, co było wcześniej, a raczej spróbować, ponieważ nie obyło się bez niewielkich zmian, których znaczenie zostało wyolbrzymione, ale i tak w większości zostały rozwiązane – zgadliście – w drugim odcinku. Mój gniew ostudza wyłącznie to, że Flashpoint dał nam Toma Feltona (don’t judge me!).

Podobna sytuacja miała miejsce w Supernatural. Dziewiąty sezon skończył się wskrzeszeniem Deana jako demona, cała promocja opierała się na wielkim, strasznym Deanmonie, a potem szast-prast i w trzecim odcinku było właściwie po sprawie.

Przykładów takich sytuacji jest właściwie na pęczki, a to dlatego że twórcy boją się ryzyka. No bo spójrzcie na takiego Flasha, który nie dość, że może podróżować w czasie i przestrzeni, to jeszcze jak się postara ląduje w alternatywnych rzeczywistościach. Serial o tak ogromnym potencjale sam się prosi, by w każdym sezonie zaszaleć, pokazując coś, przez co pospadałyby nam kapcie z nóg, jednak scenarzyści trzymają się kurczowo jednego miasta (ba, wyłącznie kilku znanych miejsc i dla zróżnicowania kilku przypadkowych) i tych samych bohaterów, których w dodatku łączą te same relacje, nawet jeśli przez chwilę coś się między nimi popsuje. Scenarzyści jak ognia boją się zmiany status quo z pierwszego sezonu, nie daj Boże widzom się nie spodoba i jeszcze przestaną oglądać. Ale czy naprawdę tak by się stało? Spójrzmy chociaż na fenomen American Horror Story, w którym każdy sezon opowiada inną historię, a stała obsada świetnie się bawi, wcielając w coraz to nowe postaci. AHS trzyma się już sześć sezonów, z kolei Flash zaczął dopiero trzeci i już słychać sporą dozę narzekania.

(źródło)

We Flashu ogromne możliwości, które wynikają ze zdolności superbohatera, są wykorzystywane właściwie tylko po to, żeby pchnąć fabułę do przodu, dać Barry’emu prztyczek w nos (że niby nie czuj się taki ważny, młokosie) i wykorzystać inne wersje znanych nam już bohaterów (Wells, ojciec Barry’ego), co jest kolejnym dowodem na to, jak bardzo scenarzyści boją się zaryzykować i pozbyć ważnego bohatera. Pewnie, fajnie było porównać prawdziwego Wellsa z alternatywnej Ziemi z Wellsem, pod którego podszywał się Thawne. Jeszcze lepiej było popatrzeć na to, jak aktor radzi sobie z tak podobnymi, a jednak znacząco różniącymi się rolami. Nie mniej jednak to przywiązanie do bohaterów jest na dłuższą metę błędem – trudno drżeć o ich los, gdy wiemy, że nic złego tak naprawdę im się nie stanie. Świetnym przykładem jest właściwie każdy serial z wątkiem paranormalnym, zwłaszcza Supernatural (!), w którym bracia Winchester umierali już tak wiele razy, że nikt nie bierze na poważnie żadnego zagrożenia, jakie szykują dla nich scenarzyści. Choć trzeba przyznać, że w przypadku SPN bardziej niż kolejna apokalipsa widzów interesują relacje głównych bohaterów i pozbycie się któregoś z nich byłoby strzałem w stopę. Spoza fantastycznych seriali podobna sytuacja miała miejsce ostatnio w Blacklist: ostatni sezon niby zakończył się śmiercią Lizzie (co przyjęłam z ogromną ulgą, licząc na to, że wreszcie ktoś podjął ryzyko), po to tylko, by szybciutko wyszło na jaw, że śmierć została sfingowana. Zostaliśmy zatem z nijaką bohaterką, co do której charakteru scenarzyści nie potrafią się zdecydować już czwarty sezon. Hurra…?

Jest jeszcze jeden problem z kurczowym trzymaniem się bohaterów. Kojarzycie, jak czasem zwiastuny ostatnich odcinków zapowiadają, że ktoś umrze i zmieni to wszystko, co wiemy? Zawsze pada na osobę najmniej istotną albo najmniej lubianą, której śmierć zupełnie nas nie obchodzi (już po kilku odcinkach można zgadnąć które postaci są na tyle nieważne, że będą stanowiły potencjalny cel morderczych zapędów scenarzystów). Główna ekipa jest oczywiście nietykalna, nawet jeśli jeden z głównych bohaterów faktycznie będzie na granicy życia i śmierci – przeżyje, a jak nie – patrz poprzedni akapit.

O tym, że pochłanianie popkultury garściami ma swoje minusy pisałam tutaj, nawiążę więc tylko do jednej z poruszanych w tamtym poście kwestii – towarzyszącego mi ciągle déjà vu. Obejrzawszy tyle filmów i seriali, mam wrażenie, że wszystko już gdzieś widziałam i niestety scenarzyści wcale nie starają się mnie wyprowadzić z błędu. Zauważcie, że wraz z upływem wielu sezonów sytuacja pozostaje taka sama. Nawet jeśli część bohaterów zniknie, część pojawi się na krótką chwilę albo rozgości się na dobre, status quo pozostaje nienaruszone. Nawet w przypadku takich drobiazgów jak nieobecność ojca Barry’ego – myślałby kto, że po szesnastu latach spędzonych w więzieniu zostanie z synem po wyjściu na wolność, łatwiej było się go jednak pozbyć najpierw tymczasowo, później na stałe, gdyż jedynym celem tej postaci było nadanie Barry’emu motywacji.

(źródło)

Wracając do Supernatural: scenarzyści mieli dwie okazje, by zatrząść naszym małym światem: wspomniany wcześniej Deanmon i soulless Sam. I muszę przyznać, że obie klasycznie, za przeproszeniem, spieprzyli. Demon, w którym zapieczętowano cholerną Ciemność, i człowiek, który nie posiadał duszy, to postaci stworzone do tego, by popełniać wszelkiego rodzaju niegodziwe, niewybaczalne występki. A jak wyszło? Jedyną różnicą między Deanem właściwym a Deanem demonicznym była słabość tego drugiego do karaoke, a Sam po prostu mówił wprost to, co myślał. Niestety, scenarzyści unikają sytuacji, w których ukochani bohaterowie mieliby zrobić coś złego w obawie przed gniewem fanów. Zapominają przy tym niestety, że serial to nie rzeczywistość, a widzowie pochłaniający seriale na pęczki są o wiele bardziej wyrozumiali, niż mogłoby się wydawać. Przecież nikt nie obwiniałby chłopaków za to, że kogoś zabili, torturowali, czy co tam komu akurat przyszło do głowy, kiedy tak na dobrą sprawę byli najgorszymi wersjami samych siebie.

Pragnę zmian. Takich wielkich. Przełomowych. Chcę czuć ten dreszczyk emocji, chcę drżeć o życie bohaterów, chcę, by scenarzyści wprowadzali ogromne zmiany w historiach, które potrwają dłużej niż kilka odcinków. Chcę, by wreszcie przestano mi wciskać marchewkę, mówiąc, że to jabłko. Chcę być, kurczę, zaskakiwana.

Zapisz

Zapisz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s