PRZYZWYCZAJENIE TWOIM WROGIEM – JAK ZREZYGNOWAŁAM Z OGLĄDANIA CZĘŚCI SERIALI


(źródło)

I znów nadeszła jesień, a wraz z nią powrót ukochanych seriali i całe mnóstwo nowych produkcji – czasem dobrych, czasem nie. Większość z nich ma dość interesujące zwiastuny, więc prędzej czy później ulegam ciekawości, zazwyczaj kierując się własnym gustem, ale trudno przejść obojętnie obok zachwytów w odmętach internetu. Problem w tym, że sam pilot nie zawsze wystarczy, by jednogłośnie ocenić produkcję, a zatem w ślad za nim idzie następny odcinek i jeszcze jeden, aż w pewnym momencie stwierdzam, że wypadałoby obejrzeć sezon do końca, no bo skoro doszłam już tak daleko, to czemu miałabym przestać oglądać teraz?

Nie wiem, jak wy, ale ja – jak na serialoholiczkę przystało – z każdą kolejną jesienią wciskam w grafik kilka nowych seriali, rzadko porzucając te, które już oglądam. Ich ilość rośnie w zatrważającym tempie, a mnie zaczyna brakować czasu na cokolwiek innego. Właśnie dlatego w maju postanowiłam wziąć się w garść i zrobić poważny rachunek sumienia (podsumowanie sezonu 2015/2016): okazało się, że kilka produkcji oglądam wyłącznie z przyzwyczajenia i wcale nie będę za nimi tęskniła. Z dumą mogę przyznać, że postanowienie złamałam tylko w przypadku Younger (damn you, Sutton Foster!), a od całej reszty trzymam się z daleka i wcale mnie nie ciągnie do powrotu. Nawet gdy czytam, że Arrow zaliczył wzrost formy.

Seriale towarzyszą nam przez lata, najczęściej w dawce jednego odcinka na tydzień, przez co łatwo się od nich mimowolnie uzależnić (o negatywach popkulturowego uzależnienia już wspominałam). Szybko przywiązujemy się do bohaterów, chcemy dowiedzieć się, co ich spotka i jakie zakończenie przygotowali dla nich scenarzyści, a podczas spadku jakości wspominamy cudowne początki i w głębi duszy łudzimy się, że pogorszenie jest tylko chwilowe. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że mnóstwo tytułów oglądamy wyłącznie z przyzwyczajenia albo poczucia obowiązku, a po dłuższym zastanowieniu możemy je wyłącznie wcisnąć do szufladki z napisem „szału nie ma”. To, co nie stanowi absolutnie żadnego problemu, gdy oglądamy kilka seriali na krzyż, urasta do rangi katastrofy, gdy jest ich znacznie więcej.

(źródło)

Nie wiem, ile produkcji obecnie oglądam, i jeśli mam być szczera, boję się poznać dokładną liczbę, ale jest ona na pewno dwucyfrowa. Mam nieodparte wrażenie, że jakiś czas temu przekroczyła trzydziestkę. Jak już wspomniałam, ta ilość nieco mnie przerasta i zaczyna mi brakować czasu na inne rzeczy, a nawet na śledzenie na bieżąco wszystkich odcinków. Żeby nie zaniedbać żadnego aspektu, byłam zmuszona skorzystać z tzw. multitaskingu, czyli robienia kilku rzeczy w tym samym czasie. Tym sposobem w trakcie oglądania seriali weszło mi w krew ćwiczenie i rozwiązywanie jakichś zadań do szkoły/na uczelnię, nieco później prasowanie i pobieżne sprzątanie. Znajomy potrafi nawet programować!

Muszę przyznać, że multitasking był dla mnie dobry pod dwoma względami: na krótszą metę – pozwolił mi oglądać wszystko to, na co miałam ochotę, przy jednoczesnym wykonywaniu niezbędnych czynności, na dłuższą – pomógł mi się przemóc, by zostawić w spokoju pewne tytuły. Gdy uświadomiłam sobie, że nie tracę nic a nic, nie poświęcając stuprocentowej uwagi serialowi, zaczęłam pozwalać sobie na coraz więcej rzeczy, na przykład przeglądanie stron internetowych otwartych w innych kartach przeglądarki, oglądanie ograniczając tak naprawdę tylko do słuchania dialogów i sprawdzania od czasu do czasu, co to za nagłe poruszenie.

Wtedy zorientowałam się, że – co tu dużo mówić – niektóre seriale po prostu mnie nudzą, a sam powrót do odcinka następuje z poczucia obowiązku („zaczęłam, to muszę skończyć”). I stwierdziłam, że pora powiedzieć sobie DOŚĆ. Bo nie o to w oglądaniu seriali chodzi, bo to powinno być przyjemne doświadczenie, tak jak na początku, kiedy odcinek mijał mi w mgnieniu oka, a za każdym razem, gdy ktoś mi przeszkadzał, czułam się zirytowana. Dla odmiany teraz irytował mnie powrót do włączonego epizodu, od czasu do czasu sprawdzałam, czy daleko jeszcze do końca, a co nudniejsze sceny, w której bohater rozpacza albo wpatruje się w dal, zwyczajnie przewijałam.

(źródło)

Na pierwszy ogień poszły właśnie te seriale, przy których nie potrafiłam utrzymać na dłużej uwagi (w dużej mierze przekombinowane procedurale), nieco później przyszła pora na zeszłoroczne premiery, które przy najlepszych chęciach mogłam określić jako „w porządku”. I wiecie co? Wcale nie żałuję, co więcej w tym roku o wiele ostrzej podchodzę do nowych seriali: już po pierwszym odcinku odrzuciłam Aftermath, Son of Zorn, Van Helsing i Bull – były tak złe, że nie musiałam się nad tym dwa razy zastanawiać. O losach Frequency i Conviction zadecyduje najprawdopodobniej drugi odcinek, bo niby nie jest źle, ale póki co nie pokazano niczego ciekawego, oprócz Hayley Atwell (której amerykański akcent momentami wychodzi trochę sztucznie). The Good Place jest za to przeurocze i oglądam je z przyjemnością.

To serialowe katharsis wyszło mi na dobre i bardzo polecam wam, byście zrobili to samo. Postanowiłam, że skoro już się za to wzięłam, to muszę zrobić to całkiem poważnie i zamiast w ilość, spróbować pójść w jakość. Póki co raz jest lepiej, a raz gorzej. Czasem korci mnie, żeby wrócić do konkretnego tytułu (patrzcie wspomniany wcześniej przypadek Younger), zwłaszcza gdy widzę wyjątkowo fajną zapowiedź, wysoką ocenę, czy dobrą recenzję, ale staram się to zwalczać.

Macie jakieś sprawdzone sposoby na uszczuplenie listy oglądanych seriali?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklamy

2 uwagi do wpisu “PRZYZWYCZAJENIE TWOIM WROGIEM – JAK ZREZYGNOWAŁAM Z OGLĄDANIA CZĘŚCI SERIALI

  1. Z przykrością, ale chyba muszę pójść w Twoje ślady, bo sama zaczęłam zauważać, że każdą wolną chwilę muszę poświęcić na nadrobienie odcinków z całego tygodnia, a do większości seriali wcale nie podchodzę z entuzjazmem tylko bardziej przykrym obowiązkiem, bo nie można sobie robić zaległości.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Otóż to! Traktowanie hobby jak przykrej konieczności jest straszne. Naprawdę polecam zrezygnowanie z seriali, które są takim właśnie ciężarem. Jak by na to nie patrzeć, w najgorszym wypadku zrobisz sobie miejsce na nowe, być może lepsze produkcje :)

      Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s