POPKULTUROWE WYZNANIE: NIE OGLĄDAM POLSKIEJ TELEWIZJI

television
(źródło)

Dawno, dawno temu za siedmioma blogami i za siedmioma fanpejdżami Gosiarella wyznaczyła mnie do napisania własnego popkulturowego wyznania. Trochę czasu minęło, mnóstwo tematów odrzuciłam, uznawszy je za nieciekawe lub niewarte całego wpisu, aż stanęło na tym konkretnym, bo okazało się, że mam sporo do powiedzenia na temat kondycji polskiej telewizji (i właściwie nie jest to nic dobrego – od razu ostrzegam).

Tytuł wpisu nie mógłby być bardziej jednoznaczny – nie oglądam polskiej telewizji. Jak już uda mi się wyprowadzić z rodzinnego gniazdka, najprawdopodobniej nie będę nawet posiadała telewizora (co musi brzmieć dziwnie, wychodząc spod klawiatury blogerki popkulturowej). Pozwólcie mi od razu zaznaczyć, że nie próbuję przez to powiedzieć, że czuję się w jakiś sposób lepsza od osób, które tę telewizję oglądają, albo nagle postawiłam na zdrowy tryb życia. Mnie i polskiej telewizji po prostu nie po drodze, już wyjaśniam dlaczego.

Zacznijmy może od tego, że do wersji lektorskiej i polskiego dubbingu pałam czystą, niczym nieokiełznaną nienawiścią, o czym doskonale wiecie, bo na ten temat już pisałam. Druga istotna kwestia to równie dobrze znany fakt – oglądam głównie fantastykę, a pod tym względem w polskiej kinematografii jest naprawdę kiepsko. Z jednej strony bardzo chciałabym, żeby polscy twórcy wyszli poza głupiutkie komedie romantyczne i filmy historyczne, ale z drugiej – strasznie się tego obawiam, pamiętając o gumowym smoku z Wiedźmina. Nawet nie chodzi o to, że się nie da, bo stworzenie serialu science fiction z akcją toczącą się w większości na pokładzie statku kosmicznego i szczątkowymi efektami specjalnymi, jak to ma miejsce w emitowanym obecnie Dark Matter, albo filmu w klimacie postapokaliptycznym, wymaga raczej więcej chęci niż ogromnych nakładów finansowych, co zresztą udowadnia współpraca Allegro i Platige Image przy Legendach Polskich. Myślę, że problemem jest przede wszystkim nastawienie, bo w Polsce fantastykę wciąż uważa się za gatunek gorszy i mało opłacalny. Co prawda, Stany Zjednoczone pokazują coś zupełnie odwrotnego, ale porównywanie tych dwóch krajów w kwestii popkultury jest nieco bezsensowne. Zerknijmy więc w stronę sąsiada, który nieco się ostatnio pod tym względem przebudził, Rosji – dostaliśmy niezły romans Zaklęty w smoka (z efektami ograniczającymi się właściwie do postaci smoka), a w 2017 roku przyjdzie pora na Zashchitniki i Coma (już nieco bardziej nastawione na efekty specjalne). Da się? Da się.

tw2_film(źródło)

Niestety skostniałe grono polskich twórców stawia na produkcje uniwersalne – filmy historyczne, w których podkreśla się, że jesteśmy narodem cierpiętniczym (no wiecie, hasło Polska Mesjaszem narodów nie wzięło się znikąd), bo w razie klapy finansowej wyśle się na film wszystkie szkoły, i komedie, w końcu kto nie lubi się pośmiać (problem w tym, że humor jest zazwyczaj bardzo niskich lotów).

Telewizja emituje seriale przede wszystkim obyczajowe, choć słowa „serial” używam nieco na wyrost, bo zdecydowana większość z nich zamieniła się w telenowele. Długie, nudne i poruszające w kółko te same problemy. Muszę przyznać, że pod tym względem bardzo cenię sobie azjatycką telewizję, bo dramy zazwyczaj zamykają się w jednym sezonie, składającym się maksymalnie z dwudziestu kilku odcinków. Drugie sezony albo większa ilość epizodów to rzadkość. Zdarzają się co prawda w polskiej telewizji seriale krótsze, które często opierają się na produkcjach zagranicznych, ale z nimi mam dwa problemy. Po pierwsze zdarza się, że znam oryginał i nie mam ochoty oglądać po raz kolejny tej samej historii (patrz: seriale powstające na podstawie telenowel, jak BrzydUla, Prosto w serce, czy Majka), po drugie – równie często bywa, że oryginałowi nie dorastają do pięt. A to już wiąże się z zupełnie inną kwestią, dotyczącą także wszelkich programów i reality show, których licencje wykupiono od innych krajów – Polacy mają ogromny problem z dostosowaniem zagranicznych formatów do rodzimych realiów, ba, czasem nawet nie próbują.

Bo widzicie od czasu do czasu przypominam sobie, że żyję w takiej bańce z błędnych przekonań – za które de facto w dużej mierze odpowiadają filmy i seriale – która przy brutalnym zderzeniu z rzeczywistością pęka i uświadamia mi, jak wielką robię sobie krzywdę, wierząc w kompletne bzdury. Jednym z takich właśnie błędnych przekonań jest to, że w miejscach tworzących popkulturę, jak stacje telewizyjne czy wydawnictwa książkowe, pracują pasjonaci – lubią to, co robią, interesują się zmianami zachodzącymi na rynkach wydawniczych, nadążają za obecnymi trendami, no po prostu wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi i jak to działa. Niestety, coraz częściej odnoszę wrażenie, że osoby odpowiedzialne za to, co gości na naszych ekranach albo półkach, zupełnie nie znają się na swojej pracy. No bo wykupowanie zagranicznych produkcji to tak naprawdę pójście na łatwiznę – nabywamy nie tylko pomysł, ale też świadomość, że w innym kraju się udało, której nie mamy, inwestując w oryginalny projekt. A skoro tam się udało, to u nas też musi, prawda? No właśnie nie i w tym tkwi cały problem. Najpierw trzeba ruszyć głową i zastanowić się, dlaczego program tak dobrze przyjął się zagranicą, na czym opiera się jego sukces, żeby potem to wykorzystać, a nie bezmyślnie sklonować. Niektórych programów w ogóle nie da się dobrze przełożyć na polskie realia, tak jak ma to miejsce w przypadku Projekt Lady, bo arystokracja jest u nas wyłącznie reliktem przeszłości. Polscy twórcy boją się też straszliwie wywoływania kontrowersji, więc wszystko ugrzeczniają na siłę, a zatem w programach nie uświadczycie przeklinania (o tym, czy „cholera” i „pieprzyć” to wciąż przekleństwa czy już tylko słowa, których nie wypada używać, można by długo debatować) ani prawdziwie zbuntowanych uczestników, no bo co też pani Jadzia spod trzynastki by na to powiedziała?

c8fce0ef-5c7e-467b-a42f-700200057947(źródło)

Do tego wszystkiego dochodzi zatrzęsienie produkcji paradokumentalnych, których ostatnio namnożyło się jak grzybów po deszczu. Bądźmy szczerzy, o ile pierwsze produkcje tego typu, czyli W11 – Wydział Śledczy czy Malanowski i Partnerzy, były warte uwagi i zrobione w przyzwoity sposób, o tyle wszystkie te Szkoły, Pamiętniki z Wakacji, Szpitale i inne nie powinny w ogóle istnieć – nie da się na to patrzeć ani tego słuchać, a każdy, z kim rozmawiałam na ich temat, odpowiada jasno, że ogląda tylko „dla beki”. Ale trzeba przyznać – ładnie zapełniają ramówkę i są niedrogie w produkcji, tylko mnie trochę smutno, że zamiast porządnych seriali dostajemy coś takiego.

Niechęć do lektora i polskiego dubbingu oraz niska jakość produkowanych przez polskie stacje programów i seriali przełożyła się na to, że nie lubię słuchać języka polskiego w wytworach popkultury. To dziwne, wiem, ale język polski zawsze sprawia, że czuję się niekomfortowo, oglądając filmy i seriale – zupełnie tak, jakbym patrzyła na znienawidzoną przez siebie wersję. Nie ma co ukrywać, że mój gust uległ mocnej amerykanizacji ze względu na to, że ich produkcje pochłaniam garściami, więc naturalnym językiem popkultury wydaje mi się język angielski.

Telewizja w Polsce nie jest tworzona dla młodych ludzi, tylko tych w średnim albo sędziwym wieku, ponieważ tak jest bezpieczniej, a wszelkie próby skazane są na porażkę, właśnie dlatego, że bez przekonania klonuje się i ugrzecznia zagraniczne produkcje. W końcu młodzi ludzie siedzą już tylko przed komputerami, to po co się starać?

Zapisz

Reklamy

2 uwagi do wpisu “POPKULTUROWE WYZNANIE: NIE OGLĄDAM POLSKIEJ TELEWIZJI

  1. Mieścimy się w podobnym zakresie normalności. Mimo pisania o popkulturze też nie mam telewizora, a przynajmniej nie miałam przez wiele lat, aż pojawiła się konsola. A telewizji, jak nie było tak nie ma, bo antena nie podłączona (chyba nawet jej nie mam).
    Zamerykanizowany mózg też mam, więc rozumiem, aż za dobrze, dlaczego nasz język wydaje Ci się nie pasować do popkultury. Sama oglądając polskie produkcje czuje się odrobinę dziwnie. Niekomfortowo. Jako naiwna idealistka lubię myśleć, że kiedyś powstaniemy z kolan, ale chyba będziemy już za stare, by to docenić.

    Polubienie

    1. Posiadanie telewizora rozważam tylko w kwestii podłączenia do komputera, coby można było oglądać na większym ekranie ;)
      To wrażenie, co prawda, dość szybko mija, ale mimo wszystko trudno jest mi się przekonać do oglądania ze świadomością, że będę słuchała polskiego xD
      A ja jestem pesymistką i wierzę, że już zawsze będziemy na kolanach xD

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s