CO MUSISZ WIEDZIEĆ, ZANIM ZACZNIESZ OGLĄDAĆ ANIME

gibli-mashup
(źródło)

Zanim przejdziemy do właściwej części wpisu, musimy rozprawić się z dwoma mitami dotyczącymi animacji.

Na pewno nieraz słyszeliście, że anime to chińskie pornobajki, a ten, kto je ogląda, to dzieciak albo gorzej – mangozjeb. A ja tu jestem po to, żeby się postukać w czółko i uświadomić was, że to wierutna bzdura, w dodatku krzywdząca. Bo po pierwsze: manga i anime to dwie różne rzeczy, po drugie: anime pochodzi z Japonii, a po trzecie: bajki o treściach pornograficznych to zaledwie niewielki odsetek tego, co ma nam do zaoferowania anime. Niby nie jest to żadna tragedia i nie ma się, o co oburzać, ale zaczynają mnie już męczyć reakcje ludzi na wieść o tym, że owszem, zdarzy mi się obejrzeć anime. Okrzyk „cooo, oglądasz te pornobajki?!” do przyjemnych nie należy, zwłaszcza że przyciąga uwagę postronnych ludzi, przez których zaczynam się czuć jak jakiś perwers. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że wrzucanie anime ogółem do jednego worka z hentai jest jak nazywanie każdego filmu pornosem? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ci, którzy krzyczą najgłośniej, sami przynajmniej raz w życiu oglądali anime i bawili się przy nim przednio. Nie wierzycie? Jako że nic nie działa lepiej niż przykłady, proszę bardzo: Pokemony, Czarodziejka z Księżyca, Dragon Ball, Naruto, Król Szamanów, Yu-Gi-Oh!, Beyblade, Rycerze Zodiaku to tylko kilka niegdyś popularnych w Polsce anime. Jeśli to nie wystarczy, to mam dla was prawdziwą bombę – Pszczółka Maja także została wyprodukowana w Japonii, co oznacza, że, technicznie rzecz biorąc, jest anime.

To chyba wystarczy, żeby pozbyć się paskudnego oskarżenia numer jeden, przejdźmy zatem do kolejnego, równie powszechnego przekonania, jakoby wszystko, co animowane, skierowane było do dzieci. Bo samo skrzywienie „oglądasz BAJKI?” też się zdarza, nad wyraz często. Anime jest wręcz idealnym przykładem tego, że animacje mogą poruszać ważne albo kontrowersyjne tematy, co więcej, są nawet tworzone z myślą o dorosłym odbiorcy. Pamiętacie jeszcze wpis o gatunkach mangi i anime, w którym zaprezentowałam podział ze względu na wiek odbiorców? Takie josei albo seinen z założenia przeznaczone są dla ludzi pełnoletnich, gdyż skupiają się m.in. na dylematach moralnych bohaterów, jak to czy zabijanie przestępców zasługuje na pochwałę czy krytykę albo jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, usprawiedliwiając swoje czyny większym dobrem (a to tylko niewielka cząstka problematyki Death Note, moi drodzy). Najlepiej znanymi przykładami są pewnie filmy Studia Ghibli, takie jak Spirited Away: W krainie bogów, Ruchomy zamek Hauru, Grobowiec Świetlików, Mój sąsiad Totoro czy Księżniczka Mononoke. Dzieci mogą spokojnie obejrzeć część z wymienionych przeze mnie tytułów, ale są one na tyle różne od beztroskich bajek tworzonych przez USA czy Europę, że pewnie wydadzą się małolatom trudne w odbiorze, a co za tym idzie, nudne. I nic w tym dziwnego, bo tematyka niewiele ma wspólnego z poszukiwaniem „tego jedynego” przez księżniczki Disneya, a całość jest o wiele bardziej złożona. To, co oferuje nam animacja japońska, jest więc inne, nie tylko pod względem grafiki, ale też treści.

Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których animacja ma o wiele więcej do zaoferowania niż filmy, zwłaszcza dla młodzieży. I nie muszę się nawet odwoływać do anime, żeby znaleźć potwierdzenie własnych słów. Jakiś czas temu mogliście przeczytać wpis o kondycji współczesnych seriali o magii, w którym zarzucałam im niesamowitą schematyczność właściwie pod każdym względem, sytuacja wygląda podobnie w przypadku filmów. Porównajcie to sobie z filmami animowanymi takimi jak Kraina Lodu, Zwierzogród lub Jak wytresować smoka (nawet serial, który jest nastawiony na młodszego odbiorcę, znacznie przewyższa poziomem produkcje aktorskie Disneya).

Wracając jednak do tematu, oglądanie anime to nie wstyd. Różnorodność produkcji i tematyki pozwala spokojnie dobrać interesujące nas tytuły, które wcale nie muszą być przygodami chłopca zbierającego magiczne potworki ani dziewczyny o księżycowych mocach, które dostała od gadającego kota. Japończycy nie boją się eksperymentować, więc nieraz zetkniemy się z oryginalnym wyjściem fabularnym, brakiem szczęśliwego zakończenia albo specyficzną grafiką. Oczywiście w shoujo czy shounen o wiele łatwiej o schematyczność, zwłaszcza wśród postaci (patrz wpis o głównej bohaterce odwróconego haremu), ale to zaczyna się dostrzegać dopiero po obejrzeniu kilku-kilkunastu pozycji. Anime pozwala nam także poznać bliżej egzotyczną kulturę i osłuchać się z językiem, tak odmiennym od polskiego.

animecartoon-subtitle-1(źródło)

Po tym nieco przydługim wstępie, możemy wreszcie przejść do właściwej części wpisu, czyli wszystkiego tego, na co trzeba się psychicznie przygotować, planując obejrzeć anime. A wnioskuję, że jeśli dobrnęliście do tego momentu, jesteście zainteresowani.

Zacznijmy może od samego języka. Japończycy mają sporo tytułów grzecznościowych, które pojawiają się nagminnie i łatwo je pomieszać, zwłaszcza na początku, a są bardzo ważne, bo określają relacje między bohaterami i zdarza im się być kością niezgody, gdy ktoś kogoś nazwał nie tak jak trzeba. Pocieszę was – po pewnym czasie rozróżnia się je intuicyjnie i przestaje się na nie zwracać uwagę. Żeby było czytelniej, przedstawię te najważniejsze w tabelce (reszta jest fajnie opisana na wikipedii).

Przyrostek

Znaczenie

Komentarz

-san

pan, pani

Tytułując kogoś w ten sposób okazujemy mu szacunek.

-sama

pan, pani

Formalna wersja -san.

Używane w stosunku do osób o dużo wyższym statusie, w ten sposób również okazujemy szacunek.

-dono

szanowny pan

Używając -dono okazujemy o wiele większy szacunek niż przy użyciu -san i -sama.

-senpai /

kōhai

Senpai oznacza kogoś wyższego pozycją, np. ucznia wyższej klasy albo pracownika o dłuższym stażu, kōhai to ktoś o niższej pozycji.

-senpai można użyć zarówno mówiąc o kimś w połączeniu z jego nazwiskiem lub zwracając się do kogoś, przy użyciu samego „senpai”.

Kōhai można użyć tylko określając kogoś o niższej pozycji w rozmowie z osobą trzecią. Zwrócenie się do kogoś w ten sposób bezpośrednio uznawane jest za niegrzeczne, używa się więc imienia lub nazwiska z przyrostkiem -kun.

-sensei

ktoś, kto osiągnął mistrzostwo w swojej dziedzinie, potocznie: nauczyciel

Podobnie jak „senpai”, „sensei” może być użyty jako przyrostek lub jako samodzielne słowo o znaczeniu „nauczyciel”.

-kun

brak znaczenia

-kun używa się w stosunku do chłopców lub do kōhai, rzadko do kobiet (choć się zdarza).

-chan

brak znaczenia; zdrobnienie

-chan pełni dla kobiet funkcję podobną jak -kun dla chłopców, a także stosowany jest wtedy, gdy chcemy się do kogoś zwrócić pieszczotliwie.

Przywiązanie do tytułów grzecznościowych jest tak silne, że tworząc anime, którego akcja toczy się w równoległym świecie, np. takim przypominającym średniowieczną Europę, Japończycy wciąż ich używają, co tworzy takie potworki jak Günter-sama (o dziwo, 117 odcinków później to wcale nie śmieszy).

Język japoński stanowi wyzwanie w jeszcze jednym przypadku. Większość pozycji dostępna jest w wersji z napisami (i tylko takie polecam, bo zdubbingowane wersje amerykańskie często są cenzurowane), w których nieraz trafi się kwiatek w postaci japońskiego słówka. Niektóre japonizmy takie jak sake czy sushi są powszechnie znane, więc nie wymagają tłumaczenia, problem pojawia się, gdy mamy do czynienia ze słówkiem, które nie posiada odpowiednika w języku polskim. Do tej pory zetknęłam się z trzema zabiegami stosowanymi przez tłumaczy: pierwsze – kombinowanie na siłę, jak słówko przetłumaczyć (według mnie bez sensu, bo czasem zachodzi to tak daleko, że albo używa się jakiegoś archaizmu albo słówka angielskiego i efekt jest niezrozumiały), drugie – zostawienie słówka w oryginale (wyjście też kiepskie, bo nie wiadomo, o co chodzi), no i trzecie (moje ulubione) – zostawienie słówka w oryginale z odnośnikiem wyjaśniającym znaczenie. Niestety nie każdy tłumacz wybiera ostatni zabieg, a niektóre słówka są tak popularne, że pojawiają się nagminnie i tłumaczenie ich uznawane jest za stratę czasu. Jak baka, czyli głupek, bentō, czyli posiłek w pudełku na wynos, takie nasze drugie śniadanie albo onii-chan czy onee-chan – kolejno pieszczotliwie starszy brat, starsza siostra użyte przez młodsze rodzeństwo. Czasem -chan zastępuje się -san, żeby podkreślić szacunek do starszego rodzeństwa. Takich słówek jest dużo więcej, ale żadna ze mnie specjalistka, a wujek Google jest pod tym względem niezastąpiony.

Biorąc pod uwagę to, że kultura amerykańska wywiera silny wpływ na cały świat, głupotą byłoby myśleć, że Japonii udało się przed tym uchronić. Angielskie słówka często zastępują rodzime, samo wplatanie angielskich zwrotów do konwersacji jest uważane za cool (widzicie, co zrobiłam? Dla Europejczyków patrzenie na starania Japończyków ma podobnie żenujący efekt) i może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie okropny akcent. Poważnie. Często dodaje się do słowa -o albo -u i zamiast nazwać kogoś Konrad, nazywa się go Konrado albo zamiast love mamy lovu (albo lobu czy robu, bo w alfabecie japońskim nie ma l i zastępuje się je r). Niestety Japończykom zdarza się iść o krok dalej, to jest nadawać anime tytuły po angielsku, które nie mają ani związku z samą kreskówką, ani tak naprawdę sensu, jak Pandora Hearts. Podobna zasada panuje też w nazewnictwie postaci czy przedmiotów, jak chains, czyli demony zrodzone w Otchłani, niemające z łańcuchami absolutnie nic wspólnego (jedyny plus – seiyuu nie robili z tego chainsu).

Myślę, że od amerykanizacji zaczął się też najbardziej charakterystyczny trend w anime, czyli kolorowe włosy i duże oczy. Żadnych dowodów na to nie posiadam, ale Japończycy mają dość spore kompleksy na punkcie swojego wyglądu – głównie tyczy się to powszechności czarnych włosów i skośnych oczu, różnorodność amerykańska jest dla nich niezwykle atrakcyjna. Niektórzy twórcy starają się ograniczać do naturalnych kolorów, ale inni lubią popuścić wodze wyobraźni – stąd włosy i oczy w kolorze zielonym, niebieskim, różowym, pomarańczowym itd. Od razu przyznaję, że bardzo mnie ten element cieszy, bo jest ogromnym ułatwieniem w rozpoznawaniu postaci, choć czasem idzie to o krok za daleko.

W anime przejawia się także typowo japoński zachwyt tym, co słodkie, urocze i malutkie (jap. kawaii), więc nieraz bohater zostanie pokazany w postaci chibi (wyjaśniłam to tutaj), główna bohaterka jest słodka do bólu zębów, a chłopaka o dziewczęcej urodzie na siłę wciśnie się w damskie ciuszki (zwłaszcza jeśli się opiera, bo to przecież takie kawaii!). Japończycy stworzyli też całą gamę wyjątkowo złożonych emotikonów, więc i w anime bohaterowie czasem zrobią dziwną minę albo przybiorą trudną do zidentyfikowania dla początkujących pozę.

Warto też pamiętać, że dla Japończyków pierwszy pocałunek to strasznie poważna sprawa, a lubić równoznaczne jest z kochać, więc Europejczycy muszą wykazać się sporą dozą cierpliwości, gdy bohaterowie oblewają się rumieńcem właściwie bez powodu albo wpadają w depresję, bo ktoś ich przez przypadek cmoknął i nie był to ten książę, do którego piszą listy miłosne, ale jakoś nigdy nie mają odwagi ich wręczyć. Właśnie przez to wstrzymywanie w sobie emocji i robienie z igły widły, w komediach pojawia się czasem coś, co nazywa się ecchi, czego ja osobiście nienawidzę, bo objawia się w postaci obsesji na punkcie dużych piersi i kobiecych majtek (koniecznie białych!), która prowadzi do wyjątkowo żenujących sytuacji (o ecchi więcej przeczytacie tutaj). To tylko niewielka część gatunku, ale warto zdawać sobie z niej sprawę.

netflix-deathnote
(źródło)

Na koniec zostawiłam najważniejsze (mam nadzieję, że jeszcze się nie zniechęciliście…), czyli kwestię technologiczną. Anime bardzo często czerpie materiał źródłowy z popularnych mang, a że sezony są najczęściej króciutkie (13 albo 26 odcinków), nie pozwalają na przedstawienie całej historii. Może się więc zdarzyć, że anime, które będzie miało niską oglądalność, nie doczeka się kontynuacji i zostawi nas z paskudnym cliffhangerem. Jeśli więc będziecie chcieli dowiedzieć się, jak historia się kończy, zostanie wam przeczytać mangę. Zdarza się też tak, że anime powstaje na podstawie wciąż wydawanego komiksu. Jeśli zatem wychodzi on w ślimaczym tempie, twórcom anime może zabraknąć materiału i będą zmuszeni improwizować, co doprowadzi do ogromnych różnic między oryginalną historią zaplanowaną przez mangakę a tym, co zobaczycie w wersji animowanej. Jeśli chcielibyście takiej sytuacji uniknąć, zostaje wam przeprowadzić dokładny research przed rozpoczęciem seansu albo zaczekać aż manga i anime zostaną zakończone.

Reasumując, anime to całkiem fajny sposób na spędzenie czasu, ale trzeba wiedzieć, jak się za oglądanie zabrać i czego się spodziewać. Nie wierzcie hejterom, że to tylko dla dzieciaków albo że pokazują same świństwa. Mam nadzieję, że kilka powyższych uwag przygotuje was na ewentualne niespodzianki.

Zapisz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s