NIE JEST DOBRZE, CZYLI O KONDYCJI MŁODZIEŻOWYCH SERIALI O MAGII

evermoor(źródło)

Próbowałam ostatnio obejrzeć kilka seriali młodzieżowych Nickelodeona i Disney Channel, ale chyba robię się na nie powoli za stara. Coraz bardziej zaczynają mi przeszkadzać głupawe pomysły na fabułę i straszna schematyczność skryta pod płaszczem oryginalności.

Na tak szalony krok zdecydowałam się, bo bardzo lubię produkcje o magii. Magia sama w sobie to niezwykle obszerny temat, więc można ją przedstawić na naprawdę wiele sposobów, niestety zdarza się to wyjątkowo rzadko; o wiele częściej wybiera się jeden ze znanych schematów, okraszając go jedynie elementami, które mają wywoływać wrażenie oryginalności (ale o różnych rodzajach przedstawiania magii będzie innym razem).

Teoretycznie pod tym względem wyróżnia się jeden z seriali, na który wpadłam zupełnym przypadkiem, pt. Evermoor: Kroniki (twórców Tajemnic Domu Anubisa, co w sumie widać po aurze tajemniczości, jaka spowija wydarzenia), praktycznie jednak zależy, w którym momencie; ale i tak jest lepiej niż w przypadku pozostałych dwóch. Już wyjaśniam, dlaczego tak sądzę.

W Evermoor poznajemy nastoletnią Tarę, która wraz z mamą, bratem oraz ojczymem i dwójką jego dzieci wprowadza się do małej, angielskiej mieściny, gdzie odziedziczyła wielką posiadłość po nagle zmarłej ciotce. Miasteczko okazuje się dość dziwne, gdyż wszyscy tam wierzą, że grupa kobiet, zwana Ewerynami, posiada moc przepowiadania przyszłych zdarzeń poprzez wyszywanie ich złotą nicią na gobelinie. Niestety magiczna nić skończyła się na ostatniej przepowiedni oznajmiającej nadejście Najwyższej Eweryny, która zamiast przepowiadać przyszłość – umie ją kształtować. Brzmi intrygująco i oryginalnie, prawda? Żadnego rzucania zaklęć, żadnych różdżek, no po prostu cud, miód i orzeszki w czekoladzie; przynajmniej z mojego punktu widzenia. Wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli gdzieś już spotkaliście się z podobnym przedstawieniem magii.

Niestety na tym kończy się cała oryginalność serialu, bo Tara szybko okazuje się Najwyższą – co do tego chyba nikt nie miał wątpliwości. Problem w tym, że bardziej niż do robótek ręcznych, ciągnie ją do literatury. Kiedy więc znajduje starą maszynę do pisania z załączonym napisem „wypróbuj mnie”, nie waha się ani chwili, a kilka pośpiesznie napisanych zdań staje się prawdą. Przyznaję szczerze, że nie wiem wiele na temat budowy i działania maszyn do pisania, ale jakaś cudowna zamiana nici na tusz wydaje się mocno naciągana, zwłaszcza że Tara wyciąga z maszyny nić w stanie nietkniętym. No i – co najważniejsze – z podobnym rodzajem magii mieliśmy już do czynienia choćby w Once Upon a Time, gdzie zadaniem Autora było dokumentowanie historii bohaterów, ale jednemu z nich zdarzyło się tworzyć przyszłość według własnego widzimisię przy użyciu jeszcze bardziej staromodnego przyrządu piśmienniczego – pióra i kałamarza z magicznym atramentem.

Jak na tle tego pomysłu wypadają dwa pozostałe seriale? Ano, jak już wspomniałam, raczej blado. Zacznijmy może od tego, że są one ze sobą powiązane, bo Szkoła Czarownic (ang. WITS Academy) to spin-off Czarownicy Emmy (ang. Every Witch Way). W Czarownicy Emmie główna bohaterka przeprowadza się do nowego miasta i od razu odkrywa, że posiada moce, o których wcześniej nie miała pojęcia. Szybko też okazuje się, że jest The Chosen One, czyli Wybraną (cholera wie do czego, grunt, że ma magiczną księgę, a jej moce są o wiele większe niż całej reszty czarownic). Mniej więcej w tym samym czasie swoje moce odkrywa Maddie, czyli najbardziej stereotypowa wredna dziewczyna, jaką według popkultury można spotkać w każdej amerykańskiej szkole (w pozostałych dwóch serialach też taką znajdziemy). Oczywiście dziewczyny walczą o tego samego chłopaka, Maddie w dodatku nie waha się używać do tego zaklęć, które Emma musi potem odwracać. Magia jest tutaj dość prosta – żeby rzucać czary, trzeba rymować. Taki rodzaj magii jest używany przez twórców dość często, przypomnijcie sobie chociażby Czarodziejki albo Czarodziejów z Waverly Place.

eww-full-episodes-1024x576
(źródło)

Szkoła Czarownic to – oprócz spin-offa – też sequel, który przedstawia losy Andi, najlepszej przyjaciółki Emmy, która trafia do Akademii szkolącej zarówno młodych czarodziejów, jak i strażników, gdzie zasady magii są takie same jak w Czarownicy Emmie, tyle że do jednego strażnika przypisana jest para dzieciaków – chłopczyk i dziewczynka; nigdy nie jest to ta sama płeć, choć nikt nie wyjaśnia dlaczego. Może za wyjątkiem istnienia różnych amuletów i urządzeń, którymi posługują się niemagiczni strażnicy. Jakimś cudem, zarówno Emma, jak i Maddie, do szkoły nie trafiły, choć ich istnienie nie jest żadną tajemnicą, skoro przysłano Emmie strażniczkę, która wcale nie wydaje się zaskoczona mocami Maddie.

Jak zwykle oglądanie zaczęłam od końca, czyli spin-offa, bo przez Czarownicę Emmę nie mogłam przebrnąć, i muszę wam powiedzieć, że była to średnia decyzja – zbyt wiele wątków i sytuacji nie zostaje odpowiednio wyjaśnionych, a sama The Chosen One jest przywoływana zbyt często, by się we wszystkim połapać. Apogeum irytacji osiągnęłam przy nagłym pojawieniu się Emmy, która potrzebowała pomocy swojej najlepszej kumpeli – Andi.

We wstępie wspomniałam o strasznej schematyczności w przypadku magii, ale z przykrością stwierdzam, że jest to o wiele większy problem, bo i postaci są schematyczne, i wątki, i zachowania, i w ogóle wszystko.

Zacznijmy może od głównych bohaterek, które pod jakimś względem są oczywiście wyjątkowe (choć tak naprawdę chciałoby się powiedzieć wyjątkowo nijakie), a ich przygody zaczynają się od zmiany miejsca zamieszkania – Emma jest Wybraną, Tara Najwyższą Eweryną, a Andi pierwszym człowiekiem w szkole czarownic. No dobra, Andi jest w gruncie rzeczy spoko, bo jako jedyna wydaje się w miarę ogarnięta i nie lata za wyjątkowo płytkim chłopakiem, który przez większość czasu nie może się zdecydować którą z dziewczyn woli. Co sprowadza nas do kolejnego punktu – zawsze mamy wątek romantyczny, najczęściej jest to wyjątkowo miałki trójkąt miłosny z wredną laską. Dziewczyny nieraz wykorzystują swoje moce, żeby zawrócić chłopakowi w głowie, bo przecież wiadomo, że młodość nie idzie w parze z intelektem (serio, wystarczyłyby szczątki inteligencji, czy wymagam aż tyle?), a zatem nastolatki absolutnie nie zdają sobie sprawy z konsekwencji, jakie mogą wywołać ich czyny, dopóki te nie zaczną ich prześladować.

wits-academy-cast-stars-characters-class-of-2015-photo-poster-nickelodeon-greece-nick-w-i-ts(źródło)

Oprócz tego wśród bohaterów zawsze znajdziemy wierną przyjaciółkę (czasem przyjaciela), która pomaga głównej bohaterce pokonać głównego złoczyńcę. Złoczyńca oczywiście musiał się uwziąć na główną bohaterkę (patrz punkt o jej wyjątkowości) i zamierza wykorzystać ją do niecnych celów (zazwyczaj mających coś wspólnego z podbojem świata lub jego części). No i mamy też rodziców, którzy są zupełnie nieistotni i od czasu do czasu przewijają się w tle, będąc humorystycznym przerywnikiem albo przeszkadzając głównej bohaterce w wypełnieniu jej Misji, np. poprzez danie jej szlabanu (najczęściej niesłusznie; w końcu wszyscy wiedzą, że rodzice nigdy nie mają racji i wszystko psują!). Ach, mamy też młodocianych żartownisiów, którzy lubią robić wszystkim psikusy, no bo co innego mogą robić dzieci?

A jak już jesteśmy przy humorze, to – nie oszukujmy się – jest on ogromnym wyzwaniem, któremu twórcy zbyt często w ostatnich czasach nie są w stanie podołać. Kiedyś zwalałam to na kiepski dubbing (pamiętacie jeszcze wpis o tym, dlaczego nie lubię lektora i dubbingu?), ale od kiedy oglądam seriale w oryginalnej wersji ta wymówka już się nie sprawdza. Żarty po prostu nie śmieszą, są wtórne i bardzo niskich lotów (w każdym serialu Disney Channel, który oglądałam, pojawiło się przynajmniej po jednym żarcie na temat śmierdzących stóp i bąków), a na śmiechu z taśmy długo się nie pociągnie.

Po raz kolejny nieco lepiej pod tym względem prezentuje się Evermoor, bo w przeciwieństwie do pozostałych, nie jest komedią. Niestety za każdym razem, kiedy pojawia się „żart”, jakość spada na łeb na szyję. A wiecie, co jeszcze obniża jakość wszystkich tych seriali? Aktorstwo, o którym chyba nikt tam nie słyszał. Właściwie wygląda to bardziej na koszmarną formę autoparodii – przesadna mimika i gestykulacja, wytrzesz oczu… Co dziwne, ma to miejsce nie tylko wśród debiutujących aktorów, ale też ich o wiele starszych kolegów, którzy już jako takie doświadczenie mają.

Nie mogę wam polecić żadnego z tych seriali z czystym sumieniem, choć nie będę was winić, jeśli zdecydujecie się spróbować Evermoor, bo kwestia magii jest tam dość intrygująca. Ze Szkołą Czarownic jest już trochę gorzej bez znajomości Czarownicy Emmy, a ten serial odradzam wam całkowicie, bo jest po prostu schematyczny do bólu.

Trochę to przykre, że Disney Channel lub Nickelodeon, czyli kanały nastawione na młodego odbiorcę, nie oferują absolutnie niczego wartego uwagi, wręcz przeciwnie – z roku na rok emitują coraz słabsze seriale. Najgorsze jest to, że scenarzyści nawet nie próbują wysilić się na jakiekolwiek zmiany fabularne: większe zróżnicowanie charakterów postaci, zmianę wątku romantycznego na wątek związany z przyjaźnią (przecież nie wszystkie dziewczynki muszą wzdychać do najpopularniejszego chłopaka w szkole!), rozwinięcie relacji z rodzicami, przemycenie jakichś głębszych wartości, zamiast żartów o śmierdzących bąkach… To wszystko dobitnie pokazuje, że dzieciaki traktuje się jako widzów gorszego sortu. Jak mają się one czegokolwiek nauczyć, jeżeli telewizja wmawia im, że jedynym sposobem na spełnienie w szkole jest dążenie do bycia najpopularniejszą dziewczyną i zdobycie najpopularniejszego chłopaka (nawet jeśli jest głupi jak but i zupełnie do siebie nie pasują), a żeby to osiągnąć trzeba być wredną, nieczułą i nieuprzejmą, bo przecież takie zawsze są najpopularniejsze dziewczyny.

A może znacie jakieś dobre seriale młodzieżowe o magii?

Reklamy

4 uwagi do wpisu “NIE JEST DOBRZE, CZYLI O KONDYCJI MŁODZIEŻOWYCH SERIALI O MAGII

  1. Maromira

    Jest teraz taki fajny serial animowany – Miraculous ladybug. Choć często schematyczna, to ma swój urok i gdy zaczyna się rozważać sens meta i rozmyślać nad relacjami, to dopiero jest jazda bez trzymanki. A poza tym – ani francuski ani angielski dubbing nie boli. Ale od koreańskiego polecam trzymać się na odległość.

    Polubienie

    1. O, bardzo dziękuję. Chętnie zerknę.
      W ogóle to mam wrażenie, że kreskówki przeżywają ponowny rozkwit – są o wiele lepsze od filmów/seriali dla młodzieży.
      Angielski dubbing jako podkładanie pierwotnej ścieżki czy tłumaczenie z innego języka? Bo przyznam szczerze, że to pierwsze wychodzi bardzo dobrze, ale z tym drugim nie miałam do czynienia ;)

      Polubienie

      1. Maromira

        Trudno powiedzieć, co było pierwsze, bo to produkcja trzech różnych państw i serial jednocześnie miał premierę w trzech wersjach językowych.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s