PSEUDOPSYCHOLOGIA I KOBIETA-KLUCHA, CZYLI MADAME ANTOINE W TELEGRAFICZNYM SKRÓCIE

4825_madameantoine_nowplay_small(źródło)

Zazwyczaj nie lubię dzielić się wrażeniami przed zakończeniem sezonu, ale w przypadku Madame Antoine (obecnie emitowanej, koreańskiej dramy) musiałam zrobić wyjątek. Serial – choć dość przyjemny w odbiorze – ma dwie istotne wady. We wpisie odwołuję się do konkretnej dramy, ale problemy, które omawiam, pojawiają się właściwie we wszystkich serialach czy filmach.

Po pierwsze: każdy odcinek poprzedza informacja, że dużą rolę w dramie odgrywa psychologia, ale wszelkie przypadłości i sposoby leczenia są fikcyjne. Nasuwa się więc pytanie, czy tę stosowaną przez bohaterów „naukę” można w ogóle nazwać psychologią (skoro, jak twierdzą scenarzyści, z psychologią nie ma ona nic wspólnego), a zatem czy warto w ogóle oglądać (a tak naprawdę – kręcić) historię, której jakaś połowa jest właściwie wyssana z palca? Doskonale rozumiem, że dobry research pochłania ogromne ilości czasu, ale bez niego ani rusz. Tworzenie każdej opowieści wymaga choćby minimalnej wiedzy z danej dziedziny albo przynajmniej porządnego specjalisty, który będzie czuwał nad wymyślanymi przez autora głupotami. Oczywiście, o wiele łatwiej jest nie zwracać na takie rzeczy uwagi i korzystać z pomysłów, które w danej chwili pasują do załatania historii, nawet jeśli nie mają żadnego sensu, ale kiedy w grę wchodzi zarabianie pieniędzy, takie podejście jest już zdecydowanie nieprofesjonalne. I żadna informacja przed emisją odcinka nie powinna tego usprawiedliwiać.

Po drugie: telewizja (a już w szczególności dramy!) przedstawiają kobietę, która po poznaniu faceta zmienia całe swoje życie i staje się ciepłą kluchą – albo jest bierną ofiarą niegodziwych planów głównego bohatera (który prędzej czy później się w niej zakochuje i plany szlag trafia), albo ciągle wypłakuje sobie oczy w poduszkę/na ramieniu przyjaciółki/po pijaku do kota*, bo teściowie z piekła rodem, bo eks jej wybranka taka niemiła, bo tak trudno wybrać „tego jedynego” spośród otaczających ją przystojniaków…

Zanim przejdę dalej, zobrazuję wam sytuację, która ma miejsce w Madame Antoine: Hye Rim (Han Ye-Seul) jest bardzo spostrzegawczą (i przy okazji zadłużoną) kobietą, dzięki czemu z łatwością udaje wróżbitkę. Wszystko idzie jak z płatka, klienci są zadowoleni, aż pewnego dnia w budynku, w którym znajduje się jej kawiarnia, zostaje założony ośrodek terapeutyczny – w dodatku o tej samej nazwie, co kawiarnia i pseudonim Hye Rim, czyli Madame Antoine. Soo Hyun jest słynnym na całym świecie psychoterapeutą, który prowadzi eksperyment, mający na celu udowodnić, że miłość nie istnieje, a każda kobieta mająca do wyboru trzech facetów (przystojnego dwudziestolatka, nieco starszego sportowca i dojrzałego, bogatego mężczyznę), zawsze wybierze tego z pieniędzmi. Oczywiście między Hye Rim a Soo Hyunem dochodzi do pewnych spięć, ale koniec końców Hye Rim zostaje zatrudniona jako konsultantka w ośrodku i wykorzystana jako obiekt eksperymentu (oczywiście zupełnie nieświadomy tego, że trzej faceci są podstawieni i wszelkie uczucia, jakie się w niej rozwiną, nie zostaną odwzajemnione – takie jest założenie, oczywiście, jest to typowa komedia romantyczna, więc nietrudno domyślić się, jak sytuacja się potoczy).

I teraz czas na to, co irytuje mnie najbardziej, kiedy oglądam Madame Antoine (i inne tego typu produkcje). W momencie, kiedy Hye Rim zostaje zatrudniona jako konsultantka, zaprzestaje swoich wróżbiarskich praktyk i, jakby tego było mało, staje się zupełnie ślepa na to, co dzieje się wokół niej. O ile jestem w stanie zrozumieć, że nie była z siebie dumna, oszukując ludzi, więc chętnie rzuciła tę profesję, o tyle utrata jej spostrzegawczości jest już mocno naciągana. Gdzie się podziało jej „trzecie oko”, dzięki któremu potrafiła bezbłędnie odgadnąć, w czym leżał problem klientów?

W porządku, sceptyczny psychoterapeuta może znać wszystkie stosowane przez nią sztuczki, być wyczulony na mowę ciała i pilnować się na tyle, by niczym się nie zdradzić. Mogłaby mieć też utrudnioną sytuację przy młodym geniuszu matematycznym, który ma problemy z interakcją międzyludzką i niskie EQ, ale już z wesołego sportowca powinna czytać jak z otwartej księgi. Cały czas ma przeczucie, że coś jest nie tak z eksperymentem, ale nawet przez chwilę nie zastanowi się nad tym, jak mało prawdopodobne jest pojawienie się w tym samym czasie trzech zainteresowanych nią facetów, jeśli przez lata w jej życiu miłosnym panowała posucha. Nawet jeśli spotyka kobietę, którą wcześniej poddano temu samemu eksperymentowi i dostrzega, że znalazła się w identycznej sytuacji, wystarczy jej zapewnienie Soo Hyuna, że przecież nie ma potrzeby powtarzać tego samego eksperymentu.

Po części pokrywa się to z nielogicznymi sytuacjami, o których wspominałam przy okazji wymieniania schematów w Bromance (mówię o nr 3), gdzie nieistotna jest spójność postaci i sensowność ich zachowań, byle tylko pchać akcję do przodu. Ach, ciężko jest dzisiaj oglądać komedie romantyczne bez walenia głową w biurko…

*niepotrzebne skreślić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s