SMOK SCHRÖDINGERA, CZYLI O GALAVANCIE KILKA PRZEMYŚLEŃ

galavant
(źródło)

Nie miałam jeszcze okazji wypowiedzieć się na blogu o pierwszym sezonie Galavanta, ale biorąc pod uwagę, że jest to już trochę nieaktualny temat, postaram się zacząć dość ogólnie, a potem konkretniej ocenię drugi sezon.

Sam pomysł, żeby połączyć komedię z musicalem i umieścić to w scenerii typowej średniowiecznej opowieści, a potem wywrócić wszystko do góry nogami, był bardzo ryzykowny, ale wyszło dobrze, cholernie dobrze. Niestety stacja ABC zawiniła już na samym początku, praktycznie nie wykorzystując żadnej promocji. O serialu dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, a jedyny zwiastun, który udało mi się znaleźć, był piosenką wprowadzającą. Choć jest ona całkiem chwytliwa i miejscami ma zabawny tekst, przedstawia typową historię średniowieczną – szlachetny rycerz pędzi na ratunek ukochanej, którą zły król zmusza do ślubu. Nic nie zapowiadało tego, jak zabawny i uroczy będzie to serial, bo – nie oszukujmy się – prawdziwa zabawa zaczęła się właśnie po zakończeniu tej piosenki. Pamiętam, że do pierwszego odcinka zasiadłam z nudów, zakładając, że serial zostanie anulowany jeszcze przed końcem sezonu, bo przecież nikt nie zechce oglądać tej samej historii, odgrzewanej po raz wtóry. A potem, w okolicach 3 minuty, nadszedł opad szczęki i niesamowita, nieokiełznana miłość do Galavanta, która trwa po dziś dzień. Niestety ktoś, kto nie śledzi na bieżąco tego, co dzieje się w świecie seriali, miał naprawdę marne szanse trafić na tę produkcję. A jak już trafiłby chociaż na zwiastun, to pewnie poczułby się zniechęcony, podobnie jak ja. Shame on you, ABC. Tak słaby i nietrafiony marketing był zwykłym strzałem w stopę.

Zamówienie drugiego sezonu przy tak niskiej oglądalności było prawdziwym cudem, który raczej nie powtórzy się po raz kolejny i twórcy doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Ładnie zamknęli większość wątków, pozostawiając sobie wyłącznie jedną małą furtkę na kolejny sezon, dlatego nie będę rwała włosów z głowy, jeśli nie doczekamy się kolejnego sezonu (choć bardzo, ale to bardzo bym go chciała, bo zapowiada się fantastycznie!).

Spoilery hasają sobie wesoło w poniższych dwóch akapitach.

Przechodząc jednak do sezonu drugiego, muszę zaznaczyć, że scenarzyści mieli kilka naprawdę świetnych pomysłów, jak choćby Las Zbiegów Okoliczności, czy mistrz czarnej magii, będący jednocześnie organizatorem ślubów. Cały serial kradnie jednak Tad Cooper (no i król Ryszard, ale on był kradziejem od początku), którego spokojnie można nazwać Smokiem Schrödingera, bo jednocześnie nim jest i nie jest, co jest genialne w swojej prostocie. Nie udało się jednak uciec przed pewną powtarzalnością w kreacji postaci – mistrzowie czarnej magii mają drugi, zupełnie niepasujący zawód: jeden planuje śluby, drugi dobiera do stroju akcesoria; albo sytuacji – Madalena zakłada, że aby zdobyć tajemne moce, wystarczy zjeść deser albo założyć wisior. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze całej reszty; gdyby tylko inne seriale ograniczały się do takiej powtarzalności…

galavant-king-richard-dragon1
Ryszard i jego Smok Schrödingera;
(źródło)

Całe szczęście nie tyczy się to głównych bohaterów, którym dano szansę na rozwój – Galavant ogarnął się już w pierwszym sezonie, drugi więc poświęcono królowi Ryszardowi i po części Madalenie. O wiele większa rola trafiła się też Garethowi, co wyszło mu na dobre, niestety zniszczono kompletnie Kucharza – pojawiał się rzadko i był raczej irytujący. Nie wspomnę nawet o, jak zwykle wyśmienitych, występach gościnnych, które, zgodnie z zapowiedzią sezonu, musiały kosztować stację fortunę: Kylie Minogue, Eddie Marsan, Reece Shearsmith, Simon Callow i inni. Robert Lindsay jako Wormwood był absolutnie niesamowity, choć trafiło mu się kilka wymuszonych żartów.

Spoilery zagonione z powrotem tam, gdzie ich miejsce.

Galavant to musical, więc piosenki są, oczywiście, jego ogromną częścią. Muszę przyznać, że po pierwszych dwóch odcinkach byłam nieco rozczarowana, bo jakoś żadna z nich nie wydawała mi się specjalnie chwytliwa, ale później trafiły się prawdziwe perełki. Do moich faworytów zdecydowanie zaliczają się: The Happiest Day of Your Life, Maybe You Won’t Die Alone, I Don’t Like You, My Dragon Pal and Me i Time is of the Essence, ale chociażby takie Off With His Shirt, Do the D’Dew, Goodbye czy Finally też wpadają w ucho.

W ogóle to muszę zwrócić waszą uwagę na pomysł, który twórcy mieli na samym początku pierwszego odcinka (nie wiem, czy to wyłapaliście, bo ja dopiero za którymś razem): Galavant niechętnie śpiewa piosenkę wychwalającą swoje własne heroiczne czyny na prośbę swojego eks-arcywroga. Jak niedorzeczne, a zarazem genialne to jest? Tak, wiem, że często używam słowa „genialne”, ale w przypadku tego serialu żaden synonim po prostu nie pasuje.

Galavant to zdecydowanie mój ulubiony obecnie serial, do którego na pewno wrócę wiele razy. Jeśli jeszcze go nie widzieliście, powinniście to szybciutko nadrobić, choć zdaję sobie sprawę, że jest to rozrywka dla tych nieco bardziej obeznanych w popkulturze, bo łatwo można przegapić sporo nawiązań. Tak czy inaczej Galavant udowodnił, że można jeszcze pokazać w telewizji coś oryginalnego, ale czy się to dobrze sprzeda, to już inna sprawa..

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s