JAK ZOSTAŁAM BÓSTWEM!? t. 1-3


(źródło)

Moja przygoda z Jak zostałam Bóstwem!? zaczęła się od obejrzenia anime Kamisama Hajimemashita (japoński tytuł zarówno anime, jak i mangi, na podstawie której powstało). Jako że szukałam czegoś lekkiego, co zawierałoby w sobie odrobinę demonologii japońskiej, nie będąc jednocześnie straszliwym tasiemcem, KH idealnie wpasowało się w moje gusta. Sięgnięcie po mangę wydało się więc jedyną słuszną decyzją, a Kamisama Hajimemashita stało się moim niekwestionowanym ulubieńcem wśród mang i anime (im dalej, tym lepiej!). Zdecydowałam się nawet pierwszy raz w życiu zakupić mangę, ale cóż… po pierwszych trzech tomikach wrażenia są dość mieszane (pewnymi kwestiami jestem zachwycona, a innymi rozczarowana).

Zacznijmy może od tego, o co w ogóle tyle szumu. Jak zostałam Bóstwem!? to historia licealistki Nanami Momozono, której ojciec jest nałogowym hazardzistą. Mężczyzna, nie będąc w stanie spłacić długów, postanawia uciec, zostawiając córkę na pastwę komorników. Nie dość, że w ciągu jednego dnia Nanami zostaje bez dachu nad głową, to i bez grosza przy duszy. Szczęście wydaje się jednak do niej uśmiechnąć, gdyż na swojej drodze spotyka mężczyznę, który, w zamian za okazaną mu pomoc, oddaje Nanami swój dom i mianuje ją nowym gospodarzem. Dom okazuje się jednak zrujnowaną świątynią, zamieszkaną przez lisiego demona Tomoe i parę duszków świątynnych, a tajemniczy mężczyzna – bóstwem opiekuńczym okolicznych ziem. Bycie nowo upieczonym bóstwem nie jest jednak łatwe, szczególnie że Tomoe nie zamierza tak łatwo zostać chowańcem ludzkiej dziewczyny.

Gif idealnie odzwierciedlający charakter Tomoe;
(źródło)

Już po samym opisie możecie się domyślić, że manga jest przykładem typowego shōjo z elementami mitologii japońskiej (o gatunkach mangi możecie poczytać tutaj). Studio JG określa ją dodatkowo jako romans, komedię i fantasy, co ładnie podsumowuje tematykę, choć trochę dramatu też się pojawia.

Tomiki są wydane bardzo dobrze pod względem technicznym – tusz jest ciemny i wyrazisty, papier gruby, a obwoluty błyszczące. Wszystkie czcionki są czytelne, ale jak na mój gust jest ich za dużo (to już wina mojego zamiłowania do minimalizmu). Problem mam również ze spisem treści, który jest raczej niezdatny do użytku ze względu na szczątkową numerację stron. Z kolei bardzo cieszy mnie, że w polskiej wersji dodano ślicznego liska obok tytułu. A jak już jesteśmy przy tytule, to nie bardzo rozumiem, dlaczego „bóstwo” napisane jest wielką literą, skoro to ewidentny błąd w języku polskim; co więcej w opisie napisane jest już przez małe „b”.

Rysunki Julietty Suzuki z początku nie są złe, ale też nie zachwycają, na szczęście bardzo szybko ewoluują, ciesząc oko. Jeśli chcecie wiedzieć, jak zmienią się bohaterowie, zerknijcie na gify z anime, bo twórcy zdecydowali się wykorzystać późniejszą kreskę. Muszę również wspomnieć, że wzory na niektórych kimonach i wachlarzu Tomoe są po prostu prześliczne i niezwykle szczegółowe.

Zakłopotany Tomoe – jedna z moich ulubionych scen;
(źródło)

Przez ponad 20 tomów mangi przewija się całe mrowie postaci, jedna sympatyczniejsza od drugiej. Julietta Suzuki poświęciła naprawdę sporo miejsca na wyjaśnienie motywów każdej postaci, dlatego trudno jest kogoś nie lubić. Serio! Główny złoczyńca jest jednym z moich ulubionych bohaterów. Ale on pojawia się dużo później, a ja miałam zająć się pierwszymi trzema tomami, więc już do nich wracam.

UWAGA! Spojlery dotyczące najważniejszych wydarzeń związanych z postaciami. Czytasz na własną odpowiedzialność. 

Zacznę może od głównej bohaterki. Nanami jest jedną z niewielu kobiecych postaci w mandze, które nie irytują mnie swoim głupim zachowaniem (o czym możecie przeczytać w poście dotyczącym bohaterek odwróconego haremu). Jasne, zdarzy jej się czasem zrobić coś lekkomyślnego, jak udanie się do Krainy Ułudy (miejsca, w którym przebywają same demony), ale wynika to raczej z początkowej niewiedzy dotyczącej ich zwyczajów żywieniowych (bezbronne bóstwo, mniam). Jest odważna, niesamowicie uparta i nie może znieść, kiedy komuś dzieje się krzywda.

Tomoe jest lisim yōkai (kitsune), a także chowańcem Mikage, choć dawno, dawno temu był jednym z najpotężniejszych demonów, jakie chodziły po świecie. Na razie pozostaje tajemnicą, jak Tomoe trafił do świątyni Mikage, ale cały wątek z tym związany jest najlepszą częścią mangi. Sumiennie wykonuje zadania chowańca, jednak łatwo wpada w gniew, jest też równie uparty co Nanami, przez co często się ze sobą kłócą.

W drugim tomie poznajemy Kuramę – popularnego wokalistę, który zaczyna naukę w liceum Nanami. Jego życiorys owiany jest tajemnicą, wiadomo jedynie, że na scenie występuje jako Upadły Anioł Ciemności (na jego plecach pojawiają się duże, czarne skrzydła). Okazuje się jednak, że w rzeczywistości Kurama jest tengu – kruczym demonem – i ostrzy sobie ząbki na widok Nanami.

Kurama w swoim żywiole;
(źródło)

W trzecim tomie pierwszy raz stykamy się z Mizukim – chowańcem bogini Yonomori, który pod postacią białego węża naznacza Nanami jako swoją narzeczoną, a następnie porywa ją do świątyni swojego bóstwa. Choć początek ich znajomości nie należy do najlepszych, szybko okazuje się, że Mizuki to tak naprawdę dobry, tyle że bardzo samotny demon.

I to by było na tyle z najważniejszych postaci powracających (o Mikage i ognikach świątynnych będzie innym razem, bo póki co mieli dość małe role). Pojawia się również bogini gromów Narukami, która troszkę miesza w życiu bohaterów, ale wątek z nią związany pojawia się i kończy w drugim tomie. Jest jeszcze Himemiko, czyli zakochana w człowieku księżniczka Rozlewiska, która szybko zaprzyjaźnia się z Nanami.

UWAGA! Koniec spojlerów.

No i teraz przechodzimy do tego, co najważniejsze, czyli tłumaczenia. Mam jeden bardzo poważny zarzut – tłumaczka na siłę stara się sprawić, żeby Nanami i Tomoe brzmieli jak młodzież, i bardzo jej to nie wychodzi. W końcu moda na konkretne słowa w młodzieżowym slangu bardzo szybko przemija; coś, co było fajne kilka lat temu, teraz jest już obciachowe. Mam wrażenie, że w Jak zostałam Bóstwem!? zamieniono wszystkie możliwe słowa na zasłyszane gdzieś slangowe odpowiedniki, co w połączeniu z mnóstwem zwrotów potocznych („jestem w czarnej dupie”, „bida z nędzą”…), daje ciężkostrawną mieszankę.

Troszkę zgrzytają również wypowiedzi stylizowane na staroświecki język, którym posługują się ogniki świątynne i bogini Narukami. Część wypowiedzi brzmi bardzo dobrze, część nie brzmi staroświecko, a część ogranicza się do zmiany „ale” na „lecz”.

Nie-taki-zły gość Mizuki;
(źródło)

W mandze pojawia się także sporo błędów. Szczególnie są to brakujące przecinki we wtrąceniach, ale także brak spolszczenia wykrzyknień („oh” zamiast „och”), zdecydowany nadmiar wielokropków i kilka innych niedopatrzeń. Sporo jak na dwie korektorki.

Całe szczęście te zarzuty dotyczą tylko dwóch pierwszych tomów, bo trzeci jest o wiele lepiej dopracowany, choć też zdarzają się potknięcia (o mały włos).

Kij już był, to teraz marchewka – bardzo dobrze przetłumaczono najważniejsze słowa, np. bóstwo opiekuńcze i chowaniec. Do tytułu też nie mam zastrzeżeń, brzmi naturalnie, dlatego cieszę się, że zrezygnowano z dosłownego tłumaczenia.

Podsumowując, fabuła mangi jest fantastyczna, bohaterowie przesympatyczni, a kreska szybko się poprawia. Niestety tłumaczenie dwóch pierwszych tomów psuje radość z czytania, mam więc nadzieję, że poprawa widoczna w trzecim tomie to nie zwykły przypadek, tylko trend, który utrzyma się w każdym kolejnym.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s